Dwór w Czartorowiczach – nowa, polska saga!

Zaskoczyła mnie ostatnio moja starsza, już prawie ośmioletnia córka. A to za sprawą mojej najnowszej książki, która leżała sobie na stosie spraw różnych i zaintrygowała ją niesamowicie.

– Tatku, ten dom na zdjęciu, który jest na tej książce to jest ten sam, który jest u nas w albumie, tylko tutaj ma on zarośnięte wejście.

Wyrwany sprzed komputera, ze skupienia pracy, zaskoczony, nie wiedziałem w pierwszej chwili co odpowiedzieć. Faktycznie mamy zdjęcie tego samego domu z okładki w rodzinnym albumie, było zrobione podczas naszej wizyty we dworze sprzed kilku lat. Jeśli korzystacie z naszego fanpage na facebooku, to znacie to zdjęcie doskonale – jest tam ustawione „w tle”. Czy byłem zaskoczony tym, że córka poznała dom? Czy może bardziej tym wypatrzonym szczegółem, że ganek na naszym, jakże podobnym zdjęciu faktycznie nie był zarośnięty? Ciężko powiedzieć, ale jeszcze ciężej uwierzyć, jak niesamowicie szybko rośnie ta moja mała dziewczynka.

***

Mój pierwszy kontakt z książką, którą chciałbym Wam przybliżyć w tym tekście, miałem podczas przeszukiwania zasobów allegro, kiedy poszukiwałem książek o dworach, których mógłbym jeszcze nie mieć w swoim księgozbiorze. W tym miejscu chciałbym wyjaśnić mojej Żonie, która powyższe zdanie przeczyta pewnie z pewnym niedowierzaniem, że tak, takie książki jeszcze istnieją! Tego dnia moją uwagę przykuła jedna pozycja o której wcześniej nic nie wiedziałem – „Dwór w Czartorowiczach”. Pierwsze skojarzenie? Jak w Czartorowiczach, jak na zdjęciu jest przecież dwór w Koszutach! Szybkie powiększenie okładki i wszystko stało się jasne –  autorka Monika Rzepiela, dopisek „saga polska” – a więc nowa powieść!

Choć powieść to pewnie zdecydowanie za mało dla określenia – „saga”, którym dumnie opisano ten tytuł. Słowo to pierwotnie oznaczało staroskandynawskie dzieło epickie o legendarnych lub historycznych bohaterach i wybitnych rodach. Z biegiem czasu określenie to ewoluowało i dziś określa się nim również inne utwory epickie opisujące losy rodziny lub pojedynczego bohatera. We współczesnej Polsce najpopularniejsze, kilkudziesięciotomowe sagi wydawało swego czasu wydawnictwo Pol-Nordica. Była to między innymi „Saga o Ludziach Lodu”, „Saga o Czarnoksiężniku” czy „Saga o Królestwie Światła” autorstwa norweskiej pisarki Margit Sandemo. W tym czasie pojawiły się u nas również wielotomowe sagi osadzone w realiach naszej Rzeczypospolitej. Były to „Saga rodu z Lipowej” oraz „Dworek pod Malwami”, obie autorstwa jednego pisarza – Mariana Piotra Rawinisa.

Pierwsza saga osadzona w realiach polskiego dworu odniosła duży sukces. „Dworek pod Malwami” miał swoją premierę w 2011 roku, a kolejne jego tomy ukazywały się w cotygodniowych odstępach czasu. Całość miała liczyć 50 książeczek, jednak ze względu na duże zainteresowanie wydawca zdecydował się pociągnąć serię aż do 70 części. Seria do dnia dzisiejszego doczekała się kilku wznowień w innych formach wydawniczych. Czy zatem będąc po lekturze sagi „Dworek pod Malwami” warto sięgnąć po kolejną, podobną historię osadzoną w tym samym symbolicznym uniwersum dworu polskiego? Myślę, że tak, chociażby dlatego, aby przeciwstawić sobie męskie i kobiece spojrzenie na życie. Różnica o której mówię widoczna jest już w pierwszych wersach obu historii. Kiedy główny bohater powieści Rawinisa, Pan Michał, upojony alkoholem opuszczał mieszkanie kochanki czując jeszcze smak jej pocałunków, we dworze w Czartorowiczach główna bohaterka powieści Moniki Rzepieli, panna Ewa Jabłońska zawstydziła się faktem, że… zaspała na rodzinne śniadanie. I taka jest cała ta książka  – subtelna, wrażliwa i po prostu kobieca. Nie powinno to jednak nikogo zdziwić wszak już w przedsłowiu autorka jasno i wyraźnie kreśli cele jakie sobie podczas pisania postawiła – …by w sposób jak najbardziej wierny i dokładny wskrzesić pamięć o fascynującym świecie płci niewieściej naszych prapraprababek.

Fabuła osnuta jest wokół losów dwóch kuzynek, które wychowały się w tytułowym majątku należącym do rodziny Jabłońskich. Ewę i Igę Branicką wiele różni, ale łączy jedno – prawdziwa przyjaźń. Obie zakochują się w podobnym czasie, obu przyniesie to niespodziewane problemy i trudne wybory… Czy spełnią się ich panieńskie marzenia? Przyznam uczciwie, iż nie sądzę by jeszcze kilka, kilkanaście lat temu taki rys fabuły zachęcił mnie do lektury jakiejkolwiek książki. Dziś jednak, kiedy po naszym domeczku kręcą się dwa podlotki sprawa ma się zupełnie inaczej. Mam pełną świadomość, że nawet lektura lekko napisanej historii miłosnej może dać mi pewne nieosiągalne w męskim świecie doświadczenie, które za kilka lat może po stokroć zaprocentować podczas kontaktów z moimi dorastającymi pannami.

Książkę czytało mi się przyjemnie, była to lektura szybka i interesująca. Osobiście brakowało mi w niej trochę więcej odniesień do wydarzeń stricte historycznych. Dowiadujemy się wprawdzie, że akcja dzieje się po upadku powstania styczniowego na dalekim Podolu, ale praktycznie nic ponadto. Wszystkie takie wątki, których podczas całej powieści pojawia się kilka (-naście?) szybko zostają urywane. Nie czynię z tego oczywiście żadnych zarzutów, ponieważ już na samym początku zostałem należycie i z przekąsem ostrzeżony, że będzie to historia świata niewieściego. A przecież mam pełną świadomość, że bez niego z bardzo oczywistych względów nie byłoby również i tego naszego, męskiego!

Jeśli jakieś niedociągnięcia fabularne się pojawiają, a ja zauważyłem tylko jedno, że akcja momentami za bardzo przyspiesza, są rekompensowane z nawiązką  poprzez barwne opisy życia w XIX-wiecznym dworze ziemiańskim. Czytając książkę już od pierwszych stron da się odczuć, że autorka nie potraktowała tematu instrumentalnie. Opisy szlacheckich tradycji, zwyczajów, świąt czy też obrzędów tchną prawdziwą autentycznością.

Nie ukrywam, że chcąc napisać sensowne zakończenie tej recenzji mam pewien problem. Z jednej strony chciałbym z wielkim przytupem sparafrazować fragment ze „Szczenięcych lat” mistrza Wańkowicza, w których Autor pisał na początku części drugiej: Kiedy po raz pierwszy (miałem wówczas osiem lat) przywieziony zostałem do ojczystych Kalużyc, „spadło ze mnie całe babstwo nowotrzebskie.”. Właśnie zabieram się za lekturę pierwszego tomu „Moskiewskiej ladacznicy” Jacka Komudy, na który czekałem kilka dobrych lat i chciałbym w podsumowaniu napisać coś co mi przyszło wcześniej do głowy, że teraz, kiedy razem z Lisowczykami przeniosłem się do Moskwy czasów kolejnych Samozwańców spadło ze mnie całe babstwo czartorowiczowskie, ale… nie zamierzam się, a przede wszystkim Was, okłamywać.

Już teraz czekam z niecierpliwością na kolejną część sagi, która według zapewnień wydawnictwa Szara Godzina powinna się ukazać na wiosnę przyszłego roku. Czy cykl powtórzy sukces swojej poprzedniczki? Tom pierwszy to bardzo udany debiut pani Moniki Rzepieli, którego naszkicowany rys rodziny Jabłońskich niesie niewyczerpany potencjał dla kolejnych części. Czas pokaże, czy Autorka go należycie wykorzysta.

Książkę można zakupić w tym miejscu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *