Dwór wyobraźni. Architektura przyszłości.

Zamek w Krasiczynie…by kiedy wody potopu opadną, ziomkowie mieli skąd brać wzory dla odbudowania kraju w stylu słowiańskim
[książę Zygmunt Czartoryski z Rokosowa (1896)]

Polska XXI wieku przeżywa namiastkę odrodzenia architektury dworskiej nie widzianej na jej ziemiach od czasów II Rzeczpospolitej (1918-1939). Dwa style dominują: barokowy i neo-klasycystyczny. Oba te style tak mocno już zadomowiły się w polskiej świadomości narodowej, że trudno jest sobie wyobrazić swojski krajobraz polski bez domu z gankiem czy z kolumnami. Każdy niemal dwór ma swoją historię i legendę, a nierzadko też trwałe miejsce w literaturze narodowej. Tu się rodzili i umierali wielcy Polacy. Co mnie jednak zasmuca w tym odrodzeniu architektonicznym dzisiejszej Polski to znikomy udział architektury renesansowej. Naturalnie nie mam tu na myśli wyłącznego replikowania wielkich pałaców i kościołów polskiego Renesansu, bo ani miałoby to sens, ani byłyby na to środki. Pragnąłbym jednak zwrócić baczniejszą uwagę na fakt, że w granicach dawnej oraz dzisiejszej Rzeczpospolitej posiadamy nieprzebrane bogactwo architektonicznych wzorców, które muszą wcześniej czy później doczekać się jakiejś nowej architektonicznej syntezy, chociażby w postaci małego renesansowego dworu. Bryły tego dworu należałoby poszukiwać w mniejszych formach architektonicznych: renesansowych, szlacheckich lamusach, oraz kamienicach Jarosławia, Lwowa, Zamościa, Sandomierza, Leszna, Przemyśla czy Tarnowa. Piękny, szesnastowieczny dwór w Szymbarku, lamus w Branicach, domek loretański w Gołębiu, czy nawet XIX-wieczny neo-renesansowy pałac Lubomirskich w Bakończycach (dziś w Przemyślu) to prawdziwy skarbiec możliwości stojących otworem przed architektami-wizjonerami naszych czasów. To są perełki obok takich pereł jak Wawel, kamienice i kościoły Lwowa, bramy i kamienice Gdańska, ratusze Poznania, Wrocławia, Tarnowa, Zamościa, Leszna czy Torunia, które czekają na naśladownictwo i oryginalne projekty. Pogrobowców Bauhausu powinniśmy schować do…lamusa. Architektura przyszłości powinna zwrócić się ku przeszłości. Polska nie musi iść wcale śladem zamerykanizowanego niemieckiego Frankfurtu nad Menem. Dlaczego, pytam się, w odrodzonej Polsce nie ma budowli nawiązujących do Renesansu. Przecież ten styl reprezentuje Złoty Wiek kultury polskiej. Wiek XVII i stulecia po nim następujące to już właściwie czas upadku Rzeczpospolitej. Jednakże to właśnie z tego okresu pochodzą najstarsze polskie dwory do których z taką lubością się odnosimy. Nie pomniejszając ich rodzimej i kulturotwórczej roli chciałbym wskazać właśnie na Renesans (czy Neo-Renesans), jako na styl przybyły z Włoch co prawda, ale jednak pochodzący z czasów narodowych sukcesów i glorii, dlatego powinien on na nowo zaistnieć, choćby w nowej, nieco skromniejszej, formie. Jeśli nie odrodzimy go teraz, to kiedy będziemy znowu mogli to uczynić? Naiwna, czy przestarzała idea? Nie sądzę! Nawet w dalekiej Kalifornii takie realizacje architektoniczne mają miejsce. W Polsce mamy własne odniesienia do tego stylu. Pamiętajmy o kamienicy Sobieskiego i Czarnej, kaplicy Boimów (wszystkie we Lwowie), oraz Willi Deciusza w Krakowie, Zamku w Krasiczynie, domku loretańskim w Gołębiu, zamku w Baranowie i o ratuszu poznańskim. Nie zapominajmy o Zamościu, perle renesansowej architektury. Repliki czy elementy architektury tych wspaniałych budowli powinny zaistnieć w renesansie XXI wieku. Czerpmy energię z czasów kiedy byliśmy silni i wielcy, a nie tylko z czasów gdy blask naszej kultury ciągle słabł. W cegle i kamieniu epoki Renesansu tkwi potężna energia narodowego odrodzenia. To że mamy w Polsce coś z czego możemy być naprawdę dumni – dwór z gankiem lub kolumnami i portykiem, nierzadko otoczony pięknym parkiem – jest tylko cząstką naszej dumy. Nie powinniśmy też bez końca jeździć tylko na Wawel by ujrzeć architekturę renesansową. Ona powinna wszędzie być esencją krajobrazu polskiego.

Gdańsk, litografia Napoleona Ordy
Gdańsk, litografia Napoleona Ordy

Architektura dworska do której jesteśmy przyzwyczajeni jest skromną, ale jakże swojską, wersją palladianizmu, który to termin bierze początek od włoskiego architekta Andrea Palladio. Język angielski, dla przykładu, obok pojęcia manor house posługuje się włoskim terminem palazzo, co po prostu oznacza pałacyk lub mały pałac. Nazwa ta zdaje się dość słusznie odzwierciedlać stan faktyczny: marzenie właściciela posiadania namiastki nieruchomości, która mogłaby go zbliżyć do bogatszej braci herbowej, a więc magnaterii. W zamożnych miastach włoskich epoki Renesansu Andrea Palladio zaprojektował szereg willi, które w zamierzeniu miały wyrażać rycerskie tradycje rodu, a z nadejściem czasów pokojowych także miały podkreślać związek z ziemią, z rolnictwem. W Polsce XVII, XVIII i XIX wieku rzecz się miała podobnie, tyle że polskie dwory były miniaturowymi namiastkami snu szlachcica o pałacu; z reguły były one budowane z drewna na podmurówce. W praktyce nie tylko bryła, ale i wnętrze mało miało wspólnego z jakimkolwiek pałacem polskim czy villą w stylu włoskim, gdyż takie też w Polsce się pojawiły wraz z królowa Boną. Co więcej, niektóre dworki drobnej szlachty były tak skromne, że upodabniały się do chat chłopskich, a już na pewno wyglądały blado w stosunku do domostw przedsiębiorczych olęderskich osadników. Zamożniejsza szlachta, dla której ani domostwa chłopskie ani mieszczańskie wzorcem być nie mogły, w miarę możliwości budowała zamożniejszy dwór, który był większy i bardziej podobny do pałacu. Dziś szczególnie cenimy dwory za to, przechowywały polskość w najpiękniejszej formie: szable z czasów narodowych zrywów 1830 i 1863 roku, krzyże powstańcze z szyj naszych prababek, ryngrafy, przedmioty z lat syberyjskiej tułaczki, stare rysunki, litografie Artura Grottgera i wiele innych przedmiotów, które zamiast cieszyć nasze oczy, cieszą wzrok cudzoziemców bezdusznie licytujących na aukcjach Sothebys’ czy Christies’. Może powinniśmy je wykupić? No tak, ale odbudowanie Ojczyzny w stylu słowiańskiem będzie wymagało dużo większej mobilizacji. Trzeba tu w pełni zrozumieć, że Słowianie zawsze posiłkowali się obcymi wzorcami, a następnie adaptowali je do własnych potrzeb, warunków, celów czy gustów. Architekt dzisiejszy więc, podobnie jak czynił to od wieków pisarz-literat, musi czerpać pełną garścią z tzw. polskiego obwarzanka: pojechać na Litwę, Ruś i Żmudź, zajrzeć na Dolny Śląsk i do dawnych Prus Książęcych. Tych miasteczek, o których śpiewa Młynarski, że „ich nie ma już”, to one jeszcze są, choć ledwo ledwo. A to jest skarbnicą wiedzy o dawnej architekturze polskiej. Ich budowniczy, polskie królewięta na Kresach, miały nierzadko więcej pieniędzy by budować niż sam król jegomość.

Idea palladianizmu włoskiego; kolumny i portyki, gazony i klomby urzeczywistniły się w nieco biedniejszej może, ale jednak pięknej formie: na Litwie, Rusi i w Koronie. Niektóre z polskich pałaców z lat międzywojennych nawiązywały w formie do projektów Palladia. Wystarczy tu wymienić chociażby pałac Szołdrskich w Żydowie (proj. S. Mieczkowski), Stawisko Jarosława Iwaszkiewicza (proj. Gadzikiewicza) czy przebudowany pałac w Korczewie nad Bugiem (elewacja frontowa proj. Stanisława Noakowskiego). Ale piętno palladianizmu włoskiego odcisnęło się też na dworach. Dobrym przykładem może tu być jedno-kondygnacyjny dwór Wilkoszewskich w Grabowie Królewskim autorstwa Mieczkowskiego, który to dwór zdaje się być dalekim, ubogim krewnym Villi Barbaro (Maser, Treviso). Co jest uderzające w obu projektach to horyzontalność planu i nawiązanie do portykowo-kolumnowych tradycji antyku. Jednakże tu wszelkie podobieństwa się kończą, gdyż w odróżnieniu od bogatej i ornamentalnej realizacji Palladia, Mieczkowski zastosował klasycystyczny, bardzo polski, minimalizm w bryle dworu. Analogicznie, współcześni architekci i dekoratorzy wnętrz w Polsce stoją dziś przed ważnym wyzwaniem, które ma sprostać wielorakim funkcjom kulturowym, gospodarczym, estetycznym, środowiskowym i społecznym. Dwór polski, by mógł pozostać żywym domem, nie może zasklepiać się wyłącznie w tradycjonalizmie, który nakazuje mu być domem szlachcica-ziemianina, gdyż spoczywa na nim ważna misja odrodzenia tego wszystkiego co w polskiej kulturze najlepsze, a osiągniecie tego celu wymaga kompromisu. Kompromis ten powinien być widoczny w dekoracji wnętrza dworu, ale efekt końcowy powinien pozostać nie zmieniony – ściany w polskim dworze powinny mówić po polsku, a dwór powinien żyć.

Jest rzeczą pierwszej wagi by dwory w Polsce wraz z całościowymi założeniami parkowymi nie tylko stały się czynnikiem reperującym spustoszony krajobraz staropolski, ale również dały impuls do odrodzenia w architekturze, oraz stały się rękojmią narodowego przebudzenia. Architekci powinni z pieczołowitością wielką przystąpić także do reanimacji stylów regionalnych: kaszubskiego, kurpiowskiego, śląskiego i kilku innych. Architektura wsi to nie tylko przecież kościół i dwór, to także domy i zabudowania gospodarcze. W tej materii w Polsce nie brak jest dobrych wzorców, które mogą posłużyć jako punkt wyjściowy do porządkowania krajobrazu, którego nawet nasi nękani wojnami przodkowie nie zdołali uporządkować. Styl zakopiański może służyć tu jako udany przykład witalności kultury polskich Górali. Nawet ohydny dom z pustaków można uratować, jeśli zmieni się mu fasadę, doda ładne okno, drzwi czy też ganek, lub puści bluszcz po jego ścianach. Czesi są chyba w tej materii od nas lepsi, więc na pewno można coś dobrego u nich podpatrzeć. Inspiracja architektoniczna powinna jednak iść dalej, powinna się posilać ideami budownictwa utraconych kresów i spuścizny po olęderskich osadnikach, którzy również wnieśli olbrzymi wkład w polskie budownictwo i rzemiosło, a w końcu sami stali się Polakami. „W rzemiośle wszelako- pisał Szymon Starowolski (1588-1656) – nasi mniej się odznaczają, lecz obcymi przeważnie wyrobami z dawien dawna posługiwać się przyzwyczajeni, teraz również używają ich nie mało“. By przezwyciężyć to zaklęte koło, w Polsce muszą powstać lokalne i ogólno-krajowe organizacje zrzeszające architektów, artystów i rzemieślników na modłę angielskiego ruchu Arts and Crafts.

Zamek w Krasiczynie, litografia Napoleona Ordy
Zamek w Krasiczynie, litografia Napoleona Ordy

Kiedy wybierzemy się w prawdziwą czy też wirtualną wędrówkę po Polsce, to zauważymy, że są miejsca, są dwory w które tknięto z powrotem życie. Dwór Świdnik koło Limanowej (z roku 1752) jest jednym z takich pięknych przykładów, gdzie zarówno sam dwór jak i okalający go park, z pamiątkami po Arianach, ucieszy oczy nawet najbardziej wymagającego podróżnika. Dwór oferuje też usługi gastronomiczno-hotelarskie. Na pewno jest to lepsze funkcyjnie rozwiązanie niż dawne brudne żydowskie oberże. W Bożej Woli nie tylko odbywają się rekolekcje Opus Dei, ale również znalazło się miejsce na centrum konferencyjne. Mają także tu miejsce lekcje poglądowe dla szkół, kursy kulinarne i kursy dla gospodyń wiejskich. Użytkownicy dworu w Bożej Woli postawili przed sobą szlachetne zadanie podnoszenia poziomu życia w okolicy. Bardzo atrakcyjnie prezentuje się też dwór w Ludyni, gdzie nowy właściciel pracuje ciężko nad przywróceniem mu jego pierwotnego wyglądu. Zdążono już w Ludyni nakręcić trzy filmy: Pana Tadeusza, Przedwiośnie i Syzfowe Prace. Dwór w Udryczach oferuje noclegi i piękno przyrody go otaczającej. Przykłady możnaby mnożyć. Istnieje już więc w Polsce całkiem duża liczba dobrych wzorców architektonicznych, które można i trzeba powielać. Wybór należy do nowych właścicieli. Czy musimy jednak się zżymać na sam widok dworu, co prawda odbudowanego, ale służącego innym funkcjom niż przed wojną? Nie, w naszym zdewastowanym kraju powinniśmy być dumni z każdego dworu powracającego do życia, ożywiającego lokalną, martwą do tej pory, kulturalno-architektoniczną scenę. Oczywiście, jeśli są właściciele – Lechiccy, Czetweryńscy czy Lubieńscy, którzy mogą, chcą i mają środki obiekt uratować, to powinien on im być natychmiast zwrócony. Teraz jest czas, gdyż, jak pisze Pan Hrabia Zajączkowski, nawet II Rzeczpospolita nie zdołała dać sprawiedliwości zadość.

Tymczasem krytycy architektury dworskiej mogą nawet mieć zastrzeżenia w stosunku do wystroju wnętrz, a także funkcji niektórych dworów. Trzeba jednak zauważyć, że nawet w takich wypadkach mamy jednak do czynienia z czymś pozytywnym: dwór żyje, nie jest ruiną, następuje powolny proces akulturacji, uczenia się rozumienia fenomenu pod nazwą dwór. Jest naszą, polską, przywarą narzekać i krytykować, i jak zauważył pewien przybysz z Indii, Polacy nawet jak mają dużo to zawsze znajdą jakiś powód by być smutnymi, i by sobie ponarzekać. Uparte, acz wynikające często z głębokiej wiedzy dotyczącej życia dworu w dawnych wiekach, trzymanie się wyłącznie tradycjonalistycznych szablonów kulturowych skazuje samą ideę powrotu klasy ziemiańskiej, a wraz z nią dworu na niepowodzenie. Powrót kultury ziemiańskiej na polską prowincję jest zjawiskiem pożądanym i wielce pozytywnym w życiu narodu, ale musi to być nowa jakość na miarę naszych czasów. Ważny jest też sposób jak ma się to odbyć i jak ten powrót ma być zakodowany w świadomości społeczeństwa polskiego. Dużo tu zależeć będzie od szlachetnych postaw potomków dawnych właścicieli oraz dobrej woli ludzi nowych we dworach. Liczyć się będzie dialog z miejscową ludnością. Dwór na wsi ma być wzorcem, a nie domem zasklepionej w swym świecie elity żyjącej w przekonaniu że czas się zatrzymał i tylko ona ma wyłączne prawo nazywać się narodem. W Polsce XXI wieku jednak narodem są wszyscy ci co Polakami są lub się czują, nie zaś tylko ocalały 1% z 10% tego co określano jako naród szlachecki w przeszłości. Dlatego też dwór, który obok kościoła był, jest, i mam nadzieję, pozostanie perłą polskiego wiejskiego krajobrazu, musi sobie wyznaczyć rolę chwalebną i sprostać wyzwaniom przed nim stojącym w naszych trudnych czasach. Stara szlachecka pieśń ma przypominać prawdziwą wolność: „Długo spała Polska święta, długo polski orzeł spał, lecz sie zbudził i pamięta, to że kiedyś wolnym był”. Jeśli zamki polskie są orlimi gniazdami, to dworki są gniazdami orląt na polskiej ziemi, a ich obecność w krajobrazie jest nie mniej ważna niż obecność bocianów. Sprawą pierwszej wagi jest umożliwienie spadkobiercom byłych właścicieli (a wiec orlętom) powrotu do domu, i o kontynuację dawnych tradycji na potrzebę ludzi współczesnych. A tam gdzie prawowitych właścicieli już nie ma, nowi właściciele muszą tchnąć życie w stare, lub odbudowane mury. Tak się działo w przeszłości i tak musi być dzisiaj.

Po malutku, ale konsekwentnie, na ziemiach polskich w granicach z 1945 roku muszą powstawać co rusz to nowe dwory: od Podlasia po Wielkopolskę. od Podkarpacia po Kujawy, Pomorze, Warmię po Mazury i Dolny Śląsk. Stanowić mają one nobliwe uzupełnienie uszczerbków, których Polska doznała wskutek wojen, nazizmu i komunizmu, oraz przesunięcia granic. Na przykład na prastarych polskich ziemiach zachodnich i północnych, które przez wieki zaborów pozostawały pod przemożnym wpływem kultury niemieckiej, tu i ówdzie zachował się stary niemiecki pałacyk z folwarkiem. Do tej spuścizny po Niemcach mamy dziś nareszcie szansę dodać swoje architektoniczne ja. Dwory z polską tradycją mogą znacząco przyczynić się do utrwalenia polskości na germanizowanych przez lata ziemiach północnych i zachodnich. Nie wstydźmy się tego dziedzictwa, ale wyciskajmy na nim, nasze nowe, polskie piętno, które nie tylko samym piętnem będzie, ale i pięknem, nową jakością. Potomkowie mieszkańców ziem utraconych właśnie tu, na ziemiach Piastów (Ziemie piastowskie nie są li tylko wymysłem gomułkowskim), mogą kontynuować dziedzictwo swoich przodków. Ściany mają mówić o czasie przeszłym z pod Lwowa, z nad Wilii i Niemna, z Wołynia i Dyneburga – stare mapy, sztychy, pamiątki rodzinne, herby, meble, makatki i kilimy, mają i muszą zaświadczać, że byliśmy. jesteśmy i będziemy. Teraźniejszość i przyszłość dodadzą nowe detale.

Takie już są wyroki historii, że nieraz w przeszłości bywało, że trzeba było skądś uciekać: z Litwy Kowieńskiej w czasie konfliktu polsko-litewskiego, z okolic Stryja po rzeziach ukraińskich, z Kijowa po pokoju w Andruszowie. To osiedlanie się na nowym miejscu nie powinno jednak nigdy oznaczać bezkorzeniowości. Właściciel nowo-odbudowanego lub nowo zbudowanego dworu powinien być świadom swej tożsamości i dziedzictwa jego własnych przodków oraz rodzimej historii. Jest zobowiązany pamiętać. Tak uczynili Zamoyscy, których zburzony i nie nadający sie do odbudowy pałac w Różance nad Bugiem musiał być rozebrany. W mury nowego pałacu w Adampolu pod Włodawą (1923-1927) na życzenie rodu architekt Koszczyc-Witkiewicz wprawił niby relikwie wyjęte ze starego domu fragmenty. W hallu wyeksponowano tablice fundacyjną z Różanki z datą 1716, a nad pilastrami tegoż hallu umieszczono barokowe kapitele, również ze starego pałacu. By pomost pomiędzy nowym i starym stał się oczywistym, w bibliotece pałacu powieszono malowidło przedstawiające pałac w Różance. Analogicznie właściciele nowych dworów powinni zadbać o zbudowanie pomostu pomiędzy naszymi, a dawnymi laty. Pamięć, tożsamość oraz świadomość nowych wyzwań w służbie społecznej powinny być normą postępowania nowego polskiego ziemiaństwa. Zrozumienie powyżej wymienionych czynników powinno być gwarantem z gustem urządzonego dworu. Historia, zainteresowania oraz profesja właściciela dworu powinny się uzewnętrznić w architekturze wnętrz.

***

Polski prakat propagandowy z 1920 roku, MWP.
Polski prakat propagandowy z 1920 roku, MWP.

Jeśli przyjmiemy, że nowi właściciele dworów to ludzie aktywni, przedsiębiorczy i świadomi swoich celów, to na pewno można się spodziewać po nich wyobraźni co do sposobu urządzenia ich własnego domu. No cóż, życie pokazuje że niektórym właścicielom brak jest jednak tego zmysłu dekoracyjnego. W takiej sytuacji, zanim poprosimy architekta wnętrz o konsultację, zabierzmy się za poważną literaturę dotyczącą tematu. Ludzie włoskiego Odrodzenia nie odkryli nagle literatury antyku, ona już była znana w Średniowieczu. Zamiast więc czytać bzdurne dzienniki zniechęcające nas do polskości, zabierzmy sie za literaturę Złotego Wieku, bo wtedy był w narodzie optymizm, wiara, a i sam orzeł miał do góry zadarte skrzydła, bez gwiazd w ramionach. To jest nasz polski „antyk”. Trzeba się wgryźć w zagadnienie, starać się zrozumieć czym był dwór w przeszłości i czym ma być w naszych rękach. Mądrością byłoby porozmawiać z kimś kto w dworze się wychował, ale w praktyce nie zawsze może się to okazać możliwe. Dużo pomóc może nam tu literatura wspominkowa. Szczególnie przy nowo zbudowanych dworach musimy się sporo napracować by je „postarzyć”. Metryka dworu powinna być budowana na fundamencie historii własnej rodziny i własnych doświadczeń, które powinny być posiłkowane literaturą fachową. Jeśli rodzina posiada jakieś cenne przedmioty niegdyś zdobiące nie istniejący dom, to też by to mogło pomóc sprawie. Wcześniej wspomniany przykład z Adampola powinien tu być z wyczuciem zastosowany. W końcu, zdajmy się też trochę na nasz własny instynkt: co by zrobił szlachcic na zagrodzie, albo bez, gdyby żył w roku 2011, dom mu się spalił, a reforma rolna nigdy się nie wydarzyła. Wertując stare księgi opisujące dwory, zwyczaje i zajęcia ludzi w nich mieszkających, musimy w końcu dojść do własnego stylu i smaku, które później odciśniemy we wnętrzu naszego domu.

Wyobraźmy sobie, ze zajeżdżamy przed nasz dwór nie powozem już, ale wymarzonym kabrioletem produkcji włoskiej lub angielskiej. Na portyk wybiegają dzieci z dużym dobermanem. Dwór tonie w zieleni i kwiatach. Przez długą sień wchodzimy do salonu.

Stop! Sień! Jak urządzić sień? Pamiętajmy, że dwór w Stryszowie, na przykład, nie wyglądałby tak pięknie gdyby nie meble i rekwizyty ze zbiorów wawelskich w Krakowie. Jest rzeczą oczywistą więc, że nowi właściciele, czy nawet spadkobiercy będą mieli także problemy z urządzeniem wnętrz, w tym sieni. A co tu dopiero mówić o salonie, który powinien być, według wskazań dawnych Polaków, najokazalszym z pokoi dworskich. I tu powinniśmy, jak to by uczynił dawny szlachecki właściciel, przekalkulować koszty. Pamiętajmy, naszą rolą jest reanimacja dworu jako ważnego kulturowo symbolu, a nie jego pośpieszna realizacja. Potrzebujemy czasu, i często pieniędzy, a z tymi często krucho. Nie porywajmy się więc na tapety i złote ramy, czy repliki zegarów z supermarketu. Zwolnijmy tempo. Budujmy nasz dom krok po kroku, pokój po pokoju. Co nagle to po diable. W końcu, nawet piękne antyczne krzesło, stary świecznik i oryginalny piec mogą stworzyć wspaniałą atmosferę, której żadne meblościanki zastąpić nie mogą. Jeśli mamy pasję do muzyki, wstawmy do pokoju fortepian Koehlera, a jeśli nie to może jakiś dobry obraz kupiony na aukcji. Mniej może czasem znaczyć więcej, jak mawiał niemiecki modernista Mies van den Rohe. Nie możemy też żyć wyłącznie z rekwizytami naszych przodków. Nasz wiek też musi dodać jakąś jakość do skarbca narodowej dumy. Współczesność to historia dziejąca się na oczach naszych dziadków, ojców i naszych: powstanie warszawskie i wileńskie, etos AK, WiN I NSZ, Solidarność 1980 i NZS, są tak samo nasze jak Grunwald (1410), Kircholm (1605), Chocim (1673), Wiedeń (1683), Dębe Wielkie (1831), Warszawa (1920), Wizna (1939), Monte Casino (1944). Obok rodzinnych pamiątek dworskie ściany powinny znaleźć miejsce dla doskonałego polskiego plakatu artystycznego, teatralnego i filmowego. Szególnie kartony Franciszka Starowieyeskiego herbu Byk zawsze będą wspaniałą ozdobą dworskich ścian. Piękne są też prace polskich emocjonalistow z Nowego Jorku, których estetyczna wymowa ratuje honor sztuki współczesnej, przeżywającej poważny kryzys. Dwór polski jest naszą dumą narodową, którą musimy ożywić i ocalić dla potomności. W przeciwnym razie pozostanie po nas złom żelazny i głuchy rechot pokoleń. W końcu, Polska ma być z czego dumna, tylko musi odrzucić samobójcza amnezję i mentalność lemingów. Budujmy dwory i nie zważajmy na uwagi maruderów i zakompleksionych sceptyków.

dr Zygmunt Jasłowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *