Dworek Jodłówka

Dworek JodłówkaPolesia czar, to dzikie knieje, moczary/Polesia czar, to dziwny wichru jęk/Gdy w mroczną noc z bagien wstają opary/Serce me drży, dziwny ogarnia lęk/Słyszę jak w głębi wód jakaś skarga się miota/Serca prostota wierzy w Polesia czar (Fragment piosenki, Słowa: Jerzy A. Kostecki)

Jodłówka to miejsce znane tylko najbardziej wtajemniczonym turystom krajowym. Sama nazwa topograficzna bierze swój początek od staropolskiego jedl, jedla lub jałowiec, jadłowiec. Jałowca do dziś tu jest więcej niż w jakimkolwiek innym znanym mi w Rzeczpospolitej miejscu; jodły i modrzewia też tu nie brak. Drewniany dwór kryty gontem, który niezbadanym wyrokiem historii dalej stoi wśród pięknych brzozowych lasów nie wyróżnia się jakąś wyjątkowo ciekawą historią, nie należy chyba też do specjalnie pięknych. Sama okolica jednak jest tak niesamowicie urocza, że nie w sposób przebywając tu przejść obojętnie i nie podumać przez chwilę nad czasem, który minął bezpowrotnie. Zaledwie kilka kilometrów stąd, koło wsi Werstok, przebiegała granica pomiędzy Koroną i Wielkim Księstwem Litewskim. W puszczy polowali litewscy książęta i polscy królowie. Jeszcze nie tak dawno temu w pobliskiej Białowieży istniał dąb pod którym niegdyś przesiadywał król Władysław Jagiełło. W okolicznych lasach i kniejach polował też Jan Olbracht, i miał tu nawet swój dwór. A w podlaskim zamku w Knyszynie zmarł ostatni z Jagiellonów – Zygmunt August. Historia wiruje tu przed oczami nieustannie, a w odpowiedzi możemy usłyszeć tylko śpiew ptaków i szum drzew.

Dworek Jodłówka

Tędy przetaczały się poselstwa, polskie i obce, teren był też często placem boju. Ziemia ta miała swoich właścicieli, swoich gospodarzy i swoich zarządców. Sama Jodłówka wraz z dworem stanowi dziś rodzaj przysiółka wsi Starzyna na Podlasiu. Historycznie jednak jest to zachodnia część Polesia, z tym że piaszczysta raczej i lesista, niż pokryte bagnami Polesie wschodnie.

Zanim okolice tutejsze stały się własnością ostatnich dziedziców, Wołyncewiczów, panowali tu Wojnowie, od których wzięła początek nazwa wsi Wojnówka, często wymawiana przez okolicznych białoruskich mieszkańców jako Wojnółka. Najstarsza wzmianka pochodzi z roku 1631, kiedy wieś była we władaniu starosty wołkowyskiego, Piotra Wojny. W późniejszej części XVII wieku majątek ten przeszedł na Sapiehów, którzy mieli na Litwie olbrzymie latyfundia. W wieku XVIII Wojnówkę i okolice nabyli Matuszewicze z Rasnej koło Wysokiego Litewskiego. Dopiero w wieku XIX (brak dokładnej daty) dobra okoliczne przeszły w ręce Wołyncewiczów i pozostały w ich posiadaniu do końca II Rzeczpospolitej. Piękny modrzewiowy dwór z XVIII wieku rozebrali Sowieci w roku 1939, a uzyskany budulec przeznaczyli na budynek administracyjny w pobliskich Kleszczelach.

Dworek JodłówkaDzieje folwarku w Jodłówce są nierozerwalnie związane z Wojnówką, gdyż oba majątki należały do Wołyncewiczów. Do dziś można zauważyć pozostałości lipowej alei łączącej dwa dwory. Kiedy Samuel Bernard Wołyncewicz budował w 1901 roku w Jodłówce dwór, był on przeznaczony dla jego matki, „Starszej Pani Wojnowskiej”, która mieszkała w tym czasie z Anatolem, swym wnukiem i jego żoną w pięknym, nieistniejącym dziś XVIII-wiecznym dworze wojnowskim. Według przekazu rodzinnego, Matylda, która onegdaj była kasjerką w słynnej w Warszawie restauracji „Ziemiańska” oraz babka jej męża zbytnio się różniły pod względem zainteresowań i nawyków, co utrudniało pomieszkiwanie pod jednym dachem. Rozładowanie rodzinnego napięcia nastąpiło dopiero kiedy w końcu Samuel Bernard postawił dwór w Jodłówce na miejscu dawnej leśniczówki. O ile mi wiadomo od lat 60-tych XIX wieku istniały już w tym miejscu co najmniej dwa czworaki. A ponieważ Samuel, sam ożeniony z Antoniną z Podgórskich, miał także dwór, ale aż w Laskach pod Warszawą, więc postanowił się przenieść bliżej rodziny. Wkrótce nadarzyła się okazja kupna majątku w Liniewiczach koło Kamieńca Litewskiego, po wschodniej stronie Puszczy Białowieskiej. Właścicielami byli Nielubowicze, rodzina z której wywodzili się sławni lekarze z tytułami profesorskimi. Los chciał, że Antonina i Samuel Bernard zbyt długo nie pomieszkali w Liniewiczach. W 1915 przyszło im uciekać przed armią niemiecką w głąb Rosji. W dalekim Rostowie nad Donem zastała ich bolszewicka rewolucja oraz koniec wojny. Świat się zmienił. Imperium carów Rosji upadło, na Polesie wróciła Polska. Jej wojska wykorzystując sytuację z próżni powstałej po wycofujących się Niemcach, rozpoczęła boje z Sowietami o granice, których kulminacją była sierpniowa bitwa warszawska 1920 roku. Kiedy Wołyncewicze wrócili w 1919 roku do Polski, po dworze w Liniwiczach pozostały tylko ruiny i zgliszcza. Cudem ocalała jednak siedziba „Starszej Pani Wojnowskiej” w Jodłówce, która z konieczności stała się główną rezydencją rodzinną dla Samuela, Antoniny oraz ich sześciorga dzieci. Życie musiało wrócić do normy. – Do istniejących w pierzei północnej majątku czworaków dziedzic Wołyncewicz dobudował budynki gospodarcze, które dopełniały dworski dziedziniec od strony wschodniej i południowej. Jak to od dawna dawien w Rzeczpospolitej bywało, dwór musiał być w dużym zakresie samowystarczalnym, a przez to nastawiony na produkcję. Powstał więc od strony zachodniej piękny sad, a obok niego park ze stawem pełnym ryb, lodownia, sernica oraz pasieka z 60-cioma ulami. Pamiętać należy jednak, ze folwark w Jodłówce pełnił tylko rolę pomocniczą w stosunku do majątku w Wojnówce Anatola i Matyldy Wołyncewiczów. Stopniowo dzieci Samuela i Antioniny opuściły dom rodzinny i pozakładały nowe rodziny. W Jodłówce pozostała tylko Helena, która z jakiś względów nie wyszła za mąż.

Dworek Jodłówka

W okresie II Rzeczpospolitej dwór w Jodłówce był ośrodkiem miejscowej nauki i oświaty, jego właścicielką została wspomniana wcześniej Helena Wołyncewicz, która poza uczeniem miejscowych dzieci z pasją zajmowała sie pszczołami. Matka Heleny, „pani Jodłowska” przygrywała na fortepianie i była zapaloną zielarką. Popularność muzyczna pani Antoniny przeżywała swoje apogeum w maju, kiedy to we dworze zbierały się wiejskie kobiety obu wyznań – katolickiego i prawosławnego, by przy jej akompaniamencie śpiewać litanie do Matki Bożej.

Do wybuchu wojny w 1939 roku dwór stał każdego lata otworem dla letników z Warszawy spragnionych leśnego życia, świeżego powietrza i wybornego, organicznego, jakbyśmy dziś powiedzieli, jadła. Przyjeżdżały też dzieci z coraz liczniejszą gromadką wnuków. Ale błogie lata szybko minęły. Przezornie jakby, w 1933 r. Samuel Wołyńcewicz podzielił cały majątek na części, i oficjalnie, z udziałem notariusza, sprzedał go swoim córkom i synom. To właśnie pozostająca na miejscu Helena dostała od ojca dwór z zabudowaniami, ogrodem, sadem oraz parkiem. Jesienią 1939 Sowieci dokończyli to czego nie zdołali ukończyć latem roku 1920. Wygonili ze dworu dziedziców, wycieli cały hektar pięknego sadu owocowego (co im sad zawinił?), fragment parku, totalnie zniszczyli budynki gospodarcze. Niemcy dopełnili dewastacji. PPR-owcy i ich poplecznicy sankcjonowali zarządzenia władz okupacyjnych skazując najbardziej patriotyczną klasę społeczną na zagładę. Służyły temu dekrety o „nacjonalizacji” i „reformie rolnej”. Użyłem cudzysłowia bo żadna była to reforma, tak jak mordy nie były wyrokami śmierci w imieniu „socjalistycznej ojczyzny”. W zbiorowym liście z 18 lutego 1946 Episkopat Polski słusznie porównał „reformę” do siódmego przykazania: nie kradnij. Episkopat głosił: „Stojąc na stanowisku własności prywatnej, zgodnie z siódmym przekazaniem boskim powinni wierni szanować cudze mienie i skradzione rzeczy oddać… Jeśli ustawa czy rozporządzenie rozkazuje zło, należy się od ich pełnienia bezwarunkowo uchylać”. Sam kardynał Hlond wypowiedział się jednoznacznie na temat „reform”: „Błędna i nieetyczna jest to polityka, która niszczy pożyteczne przedsiębiorstwa prywatne”.

W 1946 na żądanie Stanisława Trzaskowskiego, męża Jadwigi – najmłodszej córki Wołyńcewiczów, ówczesny urząd ziemski potwierdził, że Jodłówka nie podlega wywłaszczeniu. Bez względu na akt prawny władze komunistyczne rozparcelowały majątek przyznając las i park nadleśnictwu Bielsk Podlaski, resztę wraz z zabudowaniami – Wojsku Ochrony Pogranicza. Pobyt wojskowych był szczególnie niekorzystny gdyż rozebrali oni jeden z czworaków i podupadłe juz wtedy budynki gospodarcze. Sam dwór bardzo niekorzystnie „wyremontowali”, a teren wokół zamienili na rowy i okopy. To że dwór przetrwał, choć w mizernym stanie, jest zasługą szkoły, która użytkowała go w latach 1954-1968. W 1968 ruinę zwrócono prawowitym właścicielom.

Dworek Jodłówka

Tak oto zginął ziemiański ród Wołyńcewiczów: od 1935 nie żyła już Kazimiera Mroczkowska, najstarsza córka, w maju 1936 roku zmarła też Pani Antonina, a syn Karol został zamordowany w Katyniu. Samuel Wołyncewicz zmarł 3 lata po wojnie (1948) z dala od Jodłówki i został pochowany w Skarżysku. Helena, ostatnia przedwojenna dziedziczka, zmarła w roku 1963.

Obecnie dwór jest tylko cieniem tego czym był w przeszłości. Nie ma już szans na to by mógł on kiedykolwiek pełnić funkcję siedziby ziemiańskiej, gdyż jego spadkobiercami są osoby mieszkające stale w Warszawie: Małgorzata Bargiełowska – córka Zenona Krogulca, Ryszard Leja – syn Marii, trzeciej z sióstr Wołyńcewiczówien oraz Bogna Łazęcka – wnuczka Jadwigi Trzaskowskiej. Można jednak pomarzyć, że któregoś roku dwór zostanie odnowiony, a wokół niego powstanie piękny park, sad i staw. Niech przynajmniej będzie ładnym domem letniskowym lub skansenem, bo okolica na to zasługuje.

Wątek osobisty

Weranda we dworze w JodłówceDwór Wołyncewiczów ukazał się moim oczom po raz pierwszy w roku 1968. Minęło już 15 lat od czasu śmierci „drogiego przywódcy” (Stalina), a ludzie radzieccy zdążyli już opłakać „wielką stratę”. W Polsce władza już dobre 24 lata spoczywała w rękach ludu pracującego miast i wsi, a dom dawnych właścicieli pełnił funkcję szkoły, gdzie przez dwa krótkie miesiące, przed otwarciem nowego budynku w Starzynie, uczyła moja dwudziestoletnia wtedy siostra, Wanda. Patrząc na budynek nijak nie mogłem go skojarzyć z ideałem zwanym Żelazowa Wola; nie miał kolumn, ale za to posiadał kilka ganków jak to dawniej na Kresach bywało. O ile pamiętam było w środku kilka pieców i skrzypiące podłogi. Całość kojarzyła mi się bardziej z nieco większą białoruską chatą niż z dworem. No cóż, nie miałem możliwości zobaczyć majątku w czasie jego rozkwitu. A może był to efekt WOP-owskiego remontu?

W czworakach, które nie posiadały jeszcze wtedy elektryczności mieszkała aż do śmierci Pani Melania, która była służącą we dworze. W takim samym czworaku mieszkała krótko moja siostra wraz z drugą nauczycielką o imieniu Nina. Dla mej siostry wychowanej na Dolnym Śląsku mieszkanie w drewnianym domku bez światła było bardzo egzotycznym doświadczeniem.

Żyli jeszcze wtedy ludzie, którzy pamiętali czasy dziedziców: jak Pani Helena Piękna, wdowa po polskim oficerze. We wsi Starzyna mieszkał człowiek, którego wszyscy uważali, że był synem ostatniego dziedzica z nieprawego łoża. Nosił się inaczej, po pańsku, a twarz miał Samuela Bernarda.

Na rozstaju dróg pomiędzy Starzyną, Jodłówką i Wojnówką znajduje się grób rodziny Wołyncewiczów, właścicieli dworu w Jodłówce. Oficjalnie jest to grób rodzinny, ale spoczywa tu tylko zmarła w 1935 roku Helena Wołyncewicz. Na tyłach pomnika znajduje się piękny lasek oraz staw, gdzie uwielbiałem chodzić na wieczorne koncerty żab w czasie mego rocznego pobytu w Starzynie na przełomie 1979/1980 roku. Beneficjentem żabich koncertów jest także poległy sowiecki żołnierz nazwiskiem Moskalenko, którego pomnik z czerwoną gwiazdą „kasuje” pomnik Pani Dziedziczki. Czasem, gdy wybrałem się na spacer tam właśnie lub do Jodłówki, mogłem usłyszeć z dala, lub całkiem z bliska tętent koni i śpiew jeźdźców – „O mój rozmarynie rozwijaj się” lub „Przybyli ułani pod okienko”. Jak się później okazało byli to studenci ze Studenckiego Klubu Jeździeckiego, wielokrotnie opisywanego w piosenkach Jerzego Mirosława Płacheckiego „Jodłówczeński dworek”. Wyśpiewywali sobie w lesie te piosenki niczym żołnierze wyklęci, i to w czasach kiedy w pobliskiej Hajnówce na budynku PZPR dziarsko łopotała czerwona flaga. Sprawczynią tej nieprawomyślności była wnuczka właścicieli dworu. Duch ziemiański jeszcze więc nie umarł – pomyślałem.

Tekst oparty na kwerendzie źródłowej i środowiskowej 1979-1980, Starzyna.

Polesia czar, to dzikie knieje, moczary

Ilustracje dobrane przez Autora pochodzą ze zbiorów własnych oraz Internetu.

dr Zygmunt Jasłowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *