Pan z Czarnolasu – Wielki Jan Kochanowski

Panie, to moja praca, a zdarzenie Twoje; Raczyż błogosławieństwo dać do końca swoje! Inszy niechaj pałace marmórowe mają szczerym złotogłowem ściany obijają, Ja, Panie, niechaj mieszkam w tym gniaździe ojczystym, A Ty mię zdrowiem opatrz i sumnieniem czystym, Pożywieniem ućciwym, ludzką życzliwością, Obyczajmi znośnymi, nieprzykrą starością.

Jan Kochanowski „Na dom w Czarnolesie”

22. sierpnia pamiętajmy o swym wielkim poecie epoki Odrodzenia, Janie Kochanowskim, który zmarł w roku 1584, a więc równo 430 lat temu. Był bez wątpienia największym – przed romantykiem, Adamem Mickiewiczem – gigantem poezji narodów słowiańskich. Kochanowski był człowiekiem z bliskiego otoczenia króla Zygmunta Augusta Jagiellona, a po jego śmierci orędownikiem niefortunnego wyboru Henryka Walezego na tron polski. Jeszcze za życia doczekał się nasz poeta ukazania się zbioru swych pism, które wydano w Krakowie na przestrzeni lat 1584-90. W ciemnych czasach zaborów, w roku 1875, Niemiec H. Nitschmann przetłumaczył sporą część poezji Kochanowskiego na język niemiecki, przypominając literacki dorobek starożytnego, upokorzonego przez historię narodu Polaków. A dopiero w roku 1884 ukazała się w Warszawie publikacja jubileuszowa o bardzo wysokich walorach wydawniczych.

2

Choć poeta nigdy nie przestał pisać po łacinie, to trudno byłoby sobie wyobrazić język polski bez pana z Czarnolasu. Myśląc o Kochanowskim nie mogę oprzeć się refleksji, że naród tak wielki jak nasz pozwolił na tak dalekie rozproszenie swego dorobku kulturalnego i cywilizacyjnego, tylko tu i ówdzie, z wielkimi przerwami wygrzebując swoje perły, ale ciągle nieumiejętnie i niedostatecznie prezentując je obcym narodom.

Kochanowski był człowiekiem znającym Polskę i Europę. Już w wieku lat 14 poznał dogłębnie łacinę. Od 14 do 17 roku życia studiował w Akademii Krakowskiej, a potem w Królewcu, mieście stołecznym Prus Książęcych, zarządzanych przez siostrzeńca króla Zygmunta Starego. Potem przyszła kolej na Uniwersytet w Padwie oraz pobyt we Francji, gdzie poznał m.in. poetę Ronsarda.

Ale przede wszystkim był Kochanowski polskim szlachcicem, właścicielem majątku należącego poprzednio do jego ojca. Można poczuć dumę czytając z pierwszej ręki relacje z XVI wieku dotyczące samego domu oraz ludzi mu współczesnych; lipy, pod którą lubił siadać; a nawet nagrobka ulubionego kota. Dziś kiedy w Polsce odradza się Sarmatyzm gotowi jesteśmy go ukochać ze wszystkimi wadami i zaletami. Uwierzmy więc i tym razem, że tak jak dziś, tak i dawniej nie byliśmy nigdy narodem bez skazy, ale posiedliśmy zdolność do samo-naprawy, i to bez pomocy obcych. Sam Kochanowski odnosił się często krytycznie do postaw, manier i zachowania ludzi stanu, do którego sam należał. Nie oznacza to jednak, że byliśmy narodem małym czy też w swych wadach wyjątkowym w ówczesnej Europie. Co istotne, czytając Kochanowskiego możemy z łatwością odkryć, że tak naprawdę – i to mimo długich wieków nieprzychylnej nam historii – jesteśmy tymi samymi Polakami, a Sarmatyzm jest częścią naszej narodowej tożsamości. Czy każdy naród może poszczycić się takim dorobkiem, taką piękna historią? A gdy obcy następują na naszą narodową dumę powinniśmy zawsze mieć w zanadrzu krótką, acz dosadną ripostę pana Karola Borowieckiego z „Ziemi Obiecanej” Reymonta: „Myślę, że gdyby świnia chciałaby coś powiedzieć o orle, rozumowałaby podobnie”.

Spójrzmy na naszą dawną Rzeczpospolitą oczyma Kochanowskiego.

O naszej szlachcie – jedną przypadłością, która została niewątpliwie spotęgowana zwyczajami sowieckimi jest do dziś w Polsce opilstwo, czyli alkoholizm. No, ale i w czasach Złotego Wieku kultury polskiej, naród szlachecki lubił sięgać do puchara czy szklanicy. W wierszu „O ślachcicu polskim” Kochanowski tak oto ujmuje ten problem: Jeden pan wielomożny niedawno powiedział: W Polszcze ślachcic jakoby też na karczmie siedział; Bo kto jedno przyjedzie, to z każdym pić musi;A żona, pościel zwłócząc, nieboga się krtusi.

O właścicielach majątków czy ich zarządcach też nie miał Kochanowski dobrej opinii, chociażby w kwestii traktowania dworzan i służby:

Ciężko mi na te teraźniejsze pany: Siebie nie baczą, a ganią dworzany. „W on czas – pry – czystych zapaśników było, Szermierzów, gońców, aż i wspomnieć miło. A dziś co młodzi pacholcy umieją? Jedno w się wino jako w beczkę leją.” Prawda, że wielka w sługach dziś odmiana, Ale też trudno o takiego pana, O jakich nam więc starszy powiadali; Oni się w męstwie, w dzielności kochali, Dziś leda Żyda z workiem pieprzu wolą – Nie dziw, że rzadko za tarczami kolą.

Sama służba w oczach Kochanowskiego była więc lepsza niż dawniej, z wyjątkiem wybitnej skłonności do picia beczkowanego wina, którego w Polsce nie brakowalo. Z panami było gorzej: woleli ubijać interesy z Żydami niż pchać się do wojaczki. Pijaństwo nie omijało nawet kobiet. Kochanowski ma i w tym względzie coś do powiedzenia. W „Nagrobku opiłej babie” poeta dał wyraz swej niechęci do nietrzeźwych kobiet:

„Czyj to grób?” – „Bodaj zdrów pił.” – „Czyja to mogiła?” „Jeno rychło, już bych dwie tymczasem wypiła.” „Nie chcewa się rozumieć.” – „Nalejże mnie sporzej!” „Wściekła babo, nie pijęć do ciebie.” – „Tym gorzej.” „Imię twoje chcę słyszeć.” – ,,A szatan ci po tym; Wiedzieć, kto w tamtym grobie albo kto w owo tym?” „Miejże się tedy dobrze!” – „A jako bez piwa?” „Przyuczaj się!” – „Nie byłam trzeźwia jako żywa!”

Poeta jawi się nam jako reformator społeczny i zwolennik poprawy zwyczajów na wsi. W licznych opisach znajdujemy umiłowanie domu ojczystego i krajobrazu, jest też troska o pomyślne zbiory. I tu widzimy prawdziwego gospodarza – ziemianina oraz wzorcowego męża, gotowego wykuć postać swej żony w marmurze lub odlać w złocie. A, co najważniejsze,  jest tu przepiękna staropolska pobożność, ufność w dobroć Wszechmogącego szczególnie widoczna w wierszu „Na dom w Czarnolesie”, a także w „Modlitwie o deszcz”:

Wszego dobrego Dawca i Szafarzu wieczny,  Tobie ziemia, spalona przez ogień słoneczny,  Modli się dżdża i smętne zioła pochylone,  I nadzieja oraczów, zboża upragnione.   Ściśni wilgotne chmury świętą ręką swoją,  A ony suchą ziemię i drzewa napoją Ogniem zjęte; o, który z suchej skały zdroje  Niesłychane pobudzasz, okaż dary swoje!   Ty nocną rossę spuszczasz,  Ty dostatkiem hojnym  Żywej wody dodawasz rzekom niespokojnym.  Ty przepaści nasycasz i łakome morze,  Stąd gwiazdy żywność mają i ogniste zorze.  Kiedy Ty chcesz, wszytek świat powodzią zatonie,  A kiedy chcesz, od ognia jako pióro wspłonie.

Dwór w Czarnolesie miał swoją oprawę, nastrój, zapachy. Nietrudno sobie wyobrazić, zapach płodnej lipy i jej szczodry cień oraz pszczoły pracowicie produkujące miód w upalny letni dzień, motyle i ważki. Klimat ten odnajdujemy w wierszu :”Na Lipę”:

Uczony gościu! Jeśli sprawą mego cienia Uchodzisz gorącego letnich dni promienia, Jeślić lutnia na łonie i dzban w zimnej wodzie Tym wdzięczniejszy, że siedzisz i sam przy nim w chłodzie:Ani mię za to winem, ani pój oliwą,Bujne drzewa nalepiej dżdżem niebieskim żywą;Ale mię raczej daruj rymem pochwalonym, Co by zazdrość uczynić mógł nie tylko płonym, Ale i płodnym drzewom; a nie mów: „Co lipie Do wirszów?” – skaczą lasy, gdy Orfeus skrzypie.

3

Wróćmy do lektury przepięknych, Polską pachnących, staropolskich tekstów Jana z Czarnolasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *