Pokrewieństwa i powinowactwa

Dedykuję Ani, mojej bratanicy i chrześniaczce, która aktualnie jest w stanie błogosławionym

Już nie tylko demografowie oraz przedstawiciele kościoła katolickiego, ale także ekonomiści, socjolodzy, politycy i dziennikarze biją na alarm. Wszystkie dane pokazują, że Polska znajduje się w ciągle pogłębiającej się zapaści demograficznej. GUS podaje, że w końcu 2013 roku ludność Polski liczyła 38 496 000 osób, tj. mniej o około 37 000 w stosunku do populacji z końca 2012 roku[1]. Rodzi się coraz mniej dzieci, co nie gwarantuje stabilnej sytuacji demograficznej jaką jest zastępowalność pokoleń. Podczas gdy dolną granicą dla niej jest współczynnik dzietności 2,1-2,15 oznaczający od 210 do 215 nowo urodzonych dzieci na 100 kobiet w wieku od 15 do 49 lat, to w Polsce w 2012 r. współczynnik ten wyniósł niespełna 1,3, czyli 130 urodzeń na 100 kobiet w wieku rozrodczym[2]. Plasuje to nasze państwo na 212. miejscu na świecie, na sklasyfikowane przez The World Factbook (publikację Centralnej Agencji Wywiadowczej Stanów Zjednoczonych zawierającą podstawowe informacje o wszystkich krajach świata) 224 kraje świata[3]. A więc społeczeństwo polskie się kurczy.

Dodatkowo, część naszych rodaków wybrała lub wybierze w najbliższej przyszłości emigrację jako sposób na swoje życie. Dane GUS obejmują jedynie tych, którzy wyjechali z kraju na stałe, czyli wymeldowali się w Polsce, dlatego pokazują jedynie szczątkową liczbę tych osób, zawierając to w tzw. saldzie migracji, czyli różnicą pomiędzy wyjazdami i przyjazdami na stałe. Za rok 2013 takie saldo jest wyliczone na poziomie minus 22 000 osób[4]. Wiemy jednak, że liczba ta jest całkowicie inna. Według danych zebranych przez Wydział Ludnościowy Departamentu ds. Ekonomicznych i Społecznych ONZ (UN-DESA) oraz OECD, Polska znajduje się w ścisłej światowej czołówce dostawców emigrantów do państw członkowskich OECD, a liczba Polaków w wieku powyżej 15 lat, którzy żyli poza ojczyzną w latach 2010-2011 wynosiła 3,2 mln osób[5]. Ci ludzie będą utrzymywać jakiś czas więź z krajem, ponieważ mają tu rodziny i przyjaciół, jednak więź ta z biegiem czasu będzie coraz luźniejsza. Ilu z ich potomstwa będzie uważać się za Polaków? A jak będzie z kolejnym pokoleniem?

Przyczyny wyludniania się Polski można pogrupować w dwa bloki, z których pierwszy ma podłoże ekonomiczne, a drugi kulturowe, znaczną część jednak trudno przyporządkować do któregoś z nich, bo należą jednocześnie do obu. Czasem też nie wiadomo co można nazwać przyczyną, a co skutkiem, odpowiedź zaś zbyt łatwo jest udzielana ze względu na wyznawany światopogląd. Te ekonomiczne, to oczywiście ogromne, najwyższe w Europie bezrobocie o przerażającym poziomie 34,32%[6], idący w ślad za tym brak czasu u tych, co pracę mają oraz strach przed jej utratą. Skutkiem tego kobiety rodzą dzieci o 5 lat później niż w roku 1990, kiedy decydowały się na to głównie w wieku 20-24 lat, a ponad 40 procent dzieci rodzą kobiety po 30-tce.  Polacy mają przy tym rozbudzone aspiracje materialne, które coraz trudniej zaspokoić; plany związane z realizacją kolejnych zakupów czy to samochodu, czy też mieszkania lub domu kolidują z planami rodzicielskimi, a więc te drugie odsuwane są na plan dalszy. Na koniec jeszcze coś istotnego, co przyniosła zmiana systemu politycznego i gospodarczego wraz z przebiegającymi równolegle rewolucją cyfrową i procesami globalizacyjnymi, zwłaszcza na poziomie kultury – to rozluźnienie więzi społecznych, w tym także rodzinnych, przebiegające w różnym stopniu u różnych grup, aż do całkowitego ich rozkładu w wielu przypadkach. Spada ilość zawieranych małżeństw (w roku 2013 było ich ponad 22 tys. mniej niż w roku wcześniejszym, a był to jednocześnie piąty rok w tym samym trendzie[7]), podnosi się średnia wieku osób, które związek zawierają, wzrasta ilość rozwodów (w 2013 r. więcej o prawie 2 tys. niż w 2012 r.[8]). Coraz częściej nawet w zdrowych rodzinach jej pokolenia lub też poszczególni członkowie żyjący do tej pory razem chcą mieszkać oddzielnie, cenią sobie komfort i niezależność.

Już starożytni zastanawiali się nad relacjami pomiędzy językiem, kulturą i myśleniem, Arystoteles (384-322 p.n.e.) uważał, że słowa wyrażają ludzkie doświadczenie. Austriacki filozof Ludwig Wittgenstein (1889-1951) doszedł do wniosku, iż „granice mojego języka oznaczają granice mojego świata”[9]. Ponieważ język reprezentuje życie społeczne i kulturowe, powstały wyspecjalizowane dziedziny naukowe – socjolingwistyka, która zajmuje się związkami między użyciem języka a stosunkami społecznymi oraz etnografia mowy, która bada społeczny kontekst aktów mowy[10].

Nauka i teoria to jedno, a możliwości wykorzystywania takiej wiedzy to drugie. Przywódcy Wielkiej Rewolucji Francuskiej doskonale orientowali się w połączeniu świata mowy ze światem rzeczywistym, robili więc co mogli, aby przeorać zastany język. Wprowadzili między innymi inne nazwy miesięcy i dni (już nie tygodnia, ale dekady), likwidowali nazwy geograficzne wywodzące się z chrześcijaństwa, a wprowadzali w to miejsce inne, m.in. od nazwisk rewolucjonistów. Tym samym tropem szła praktyka związana z rosyjską Rewolucją Październikową. Bolszewicy wpływali na język na wszystkich jego poziomach, we wszystkich dziedzinach i w ciągu całego życia ludzkiego, począwszy od samych narodzin, dlatego tworzyli nowe imiona (np. dla dziewczynki: Marksina, Lenina, Stalina, Driezina, Turbina, Awangarda, Elektryfikacja, Barykada, a dla chłopca: Wolfram, Rad, Głasp – czyli Gławspirt, Monopol Spirytusowy, Riewdit – riewolucjonnyje ditia[11]), czy nazwy dla organizacji czy instytucji, które składały się z wyrazów złożonych i skrótowców (jak komsomoł – Kommunisticzeskij Sojuz Mołodioży, Komunistyczny Związek Młodzież, Gułag – Gławnoje Uprawlenije Isprawitielno-Trudowych Łagieriej i Kolonij, Główny Zarząd Poprawczych Obozów Pracy, kołchoz – kolektiwnoje chadziajswto, spółdzielnia rolnicza). To wszystko stało się jedynie zaczynem nowomowy używanej w propagandzie, w kontaktach z ludnością i w życiu codziennym. Nowomowa to język służący do manipulacji ludźmi i nastrojami społecznymi, fałszujący rzeczywistość, uniemożliwiający samodzielne myślenie, zakładający jednowartościowość, jedną słuszną rację, uniemożliwiający dialog, samodzielność i swobodne myślenie. Przyjęło się, że jest to narzędzie używane jedynie w państwach totalitarnych.

Współczesne demokracje, a raczej osoby i organizacje, które mają w nich pozycje dominujące, wykorzystują te same mechanizmy, które zostały przećwiczone w nowomowie. Pokusa wpływania za ich pomocą na całe społeczeństwa dla osiągnięcia swoich celów jest zbyt wielka, aby się jej oprzeć. Wprowadzane są więc kolejno nowe manipulacje językowe, narzędziami kontrolującymi jest m.in. ustawodawstwo oraz tzw. polityczna poprawność, a definiowanie krytycznych uwag określane jest jako mowa nienawiści. Tak więc demokracje posługują się miękkim totalitaryzmem w celu prania mózgu i choć nie zagraża nam fizyczna eliminacja, to możemy natknąć się na różne formy wywierania na nas nacisku, aż do wykluczania społecznego i ekonomicznego włącznie.

BROŃ PRZED WROGIEM TWĄ RODZINĘ! Warszawa, 1920 Lit. W.Główczewski
BROŃ PRZED WROGIEM TWĄ RODZINĘ!
Warszawa, 1920
Lit. W.Główczewski

Współczesny kryzys rodziny jest w znacznej mierze sterowany przez tych, dla których rodzina samym swoim istnieniem zagraża realizacji kolejnej utopii. Choć wszystkie dotychczasowe ataki na nią okazały się nieskuteczne, a sytuacja niedługo po ich ustąpieniu wracała do punktu wyjścia, to jak mówi komunistyczne porzekadło: „W miarę postępów socjalizmu wala klas zaostrza się”. Dzisiejsze próby zanegowania naturalnego porządku związanego z płcią oraz zdefiniowania rodziny jako związku kogokolwiek z kimkolwiek także napotykają opór większy, niż wyobrażali sobie ich autorzy, pomimo że działania te wspierane są nie tylko ze strony polityków, ale także przez potężne organizacje międzynarodowe z ONZ na czele, kulturę popularną oraz ogromne pieniądze.

Jest jednak pewne pole, które jest omalże wolne od wrogich działań, pole z którego sami dobrowolnie dziś ustępujemy. To wiedza o pokrewieństwie i powinowactwie (przez genealogię nazywane filiacją i koicją) oraz umiejętność używania odpowiednich nazw dla ról, jakie w rodzinie pełnią poszczególne osoby, a także poprawnego określenia stosunku pomiędzy jej członkami. Najcelniejsze i zarazem najkrótsze definicje obu terminów ułożył Zygmunt Gloger mówiąc: „Pokrewni są ci, którzy od jednej osoby ród swój wiodą, powinowaci zaś są krewni męża względem krewnych żony i odwrotnie. W jakim stopniu zachodzi pokrewieństwo jednego z małżonków, w tymże stopniu jest i dla drugiego powinowactwem[12]”. Praktyka posługiwania się odpowiednią terminologią związaną ze stosunkiem wzajemnym pomiędzy dwoma osobami powiązanych pochodzeniem lub małżeństwem była kiedyś powszechnie stosowana, a całkiem szczególne miejsce przypadało jej wśród szlachty, gdzie więzi rodzinne decydowały o przynależności do stanu i o pozycji.

Polacy wytworzyli szczegółowy język opisujący koligacje. Jeszcze raz oddam miejsce Glogerowi: „Polacy mieli nader obfity rodzinny słownik nazw, określających rodzaj pokrewieństwa, pozostawiający daleko w tyle niemiecki, więc i pożyczek mieli mało. Mieli oni zwyczaj rozpamiętywać najdalsze pokrewieństwa rodzinne, a starsze niewiasty przekazywały młodszym pokoleniom całe dzieje pokrewieństw w swych okolicach i województwach. Pochodziło to nie tyle z próżności, ile z obyczaju narodowego, w którym wszystka szlachta uważała się za jedną rodzinę czyli bracię[13]”. Większość słownictwa opisującego więzi rodzinne pochodzi z prastarych czasów, bo to już wtedy istniało wyjątkowe znaczenie rodu, a język po prostu dostosował się do ówczesnego obyczaju. Oczywiście, w ciągu kolejnych stuleci pewne określenia się zmieniły, niektóre częściowo jak choćby ociec, który zamienił się w ojca, a niektóre zaginęły wyparte przez inne, obce, jak dziewierz i szurza zastąpione słowem pochodzącym z języka niemieckiego szwagier oraz żełwica i jątrewka zastąpione szwagierką. Gorszym zjawiskiem jest jednak całkowite wypieranie wielu określeń przez inne, uniwersalne i ogólnikowe. Tak rozwija się kariera wyrazu kuzyn (kuzynka), który zastępuje szeroką gamę braci i sióstr. Choć słowo kuzyn jest ubogie i nie definiuje bliżej koligacji, to są takie regiony Polski, gdzie żyje ono omalże na prawie wyłączności i jedynie niektóre środowiska, na przykład potomkowie ziemian lub przedwojennej inteligencji, pozostają przy tradycyjnych określeniach.

Przechodząc do konkretów, pominę terminy powszechnie stosowane, a wyłącznie w krótkich słowach opiszę te, które nie są już używane tak często. Rozpocznę od rodzeństwa rodziców i ich potomstwa. Brat ojca to stryj lub stryjek (dawniej też stryk), jego żona to stryjenka lub stryjna, a ich dzieci to stryjeczni brat lub siostra, natomiast ich potomstwo – stryjeczni syn lub córka. Brat matki to wuj, jego żona to wujenka lub wujna, a ich dzieci to wujeczni brat lub siostra. Zarówno siostra ojca jak i matki to ciotka, jej mąż to pociot lub naciot, a ich dzieci to cioteczni brat lub siostra. Patrząc dalej wstecz, brat dziadka ze strony ojca to stary stryj, przestryjec lub prastryj, a jego wnukowie (kuzyni z bocznej linii) to stryjeczno-stryjeczni czyli przestryjeczni brat lub siostra. Wszyscy męscy potomkowie jednego dziada, pradziada lub prapradziada (naddziada) nazywają się stryjcami, wszyscy oni noszą to samo nazwisko i mają prawo do tego samego herbu. Brat babki to stary wuj, dziadek lub przedwieć. Z innych ważnych określeń trzeba uściślić, że teść i teściowa (dawniej: cieść i cieścia) to wyłącznie rodzice żony, rodzice męża zaś to świekr i świekra, słowo jednorodny oznacza jedynaka, a półbrat i półsiostra to terminy nazywające rodzeństwo przyrodnie (z jednej matki, a dwóch ojców lub z jednego ojca, a dwóch matek).

Drzewo genealogiczne
Drzewo genealogiczne

Jak wiadomo, każdy członek rodziny pełni jednocześnie wiele ról wynikających z innego stosunku do różnych osób. Ja jestem co najmniej: synem, bratem, stryjecznym bratem, wujecznym bratem, ciotecznym bratem, przestryjecznym bratem, mężem, zięciem, szwagrem, stryjem, wujem, ojcem, teściem, dziadkiem, w dalszym ciągu wnukiem – choć od kilkunastu lat nikt mnie tak nie może nazwać i prawnukiem – choć nigdy nie było mi dane poznać moich pradziadków. Dzięki takiej liście można ustalić z jakich co najmniej osób składa się moja rodzina, bowiem tradycyjne nazwy dokładniej niż te późniejsze opisują powiązania rodzinne. Warto więc je używać na co dzień i przekazywać tę wiedzę następnym pokoleniom. To może być jeden z wielu kamieni, z których zbudowany będzie bardzo potrzebny współcześnie fundament, na którym niezachwianie trwać będzie rodzina gwarantująca przyszłość naszego państwa, naszej kultury i obyczajów.

Na początku XVII w., gdy Rzeczpospolita zajmowała powierzchnię ok. 990 000 km2, czyli była 3,07 razy większa niż współczesna Polska, to liczba jej ludności wynosiła ok. 11 mln. osób, czyli 3,5 razy mniej niż obecnie. Ponieważ sprawami publicznymi zajmowała się wtedy tylko część obywateli I RP, przede wszystkim szlachta, której było wtedy ok. 10% populacji, duchowni – ok. 1% oraz część mieszczaństwa, dajmy na to z naddatkiem 1% (z 6%), czyli łącznie ok. 12% ludności, to znaczy, że o państwo dbało ok. 1,32 mln osób, a militarnie jedynie ok. 1,1 mln. Cała skala sytuacji pokaże się dopiero wtedy, gdy od tej liczby odejmiemy starców, kobiety i dzieci. Przypomnę jeszcze dla formalności, że Polska była wtedy u szczytu swojej potęgi. Czyli ilość nie przekłada się w prosty sposób na jakość. Jedna uwaga: rodzina w tym czasie była bardzo silna, a język był z jednych narzędzi, które się do tego przyczyniały.

Henryk Mencel
projektant wnętrz w stylu polskim, właściciel firmy „Zamieszkać w dworku”
(www.zamieszkacwdworku.pl)

……………………………………

[1] Główny Urząd Statystyczny Departament Badań Demograficznych i Rynku Pracy, Podstawowe informacje o rozwoju demograficznym Polski do 2013 roku, Materiał na konferencję prasową w dniu 30 stycznia 2014 r., b.m., b.r., s. 1.

[2] Ibidem, s. 4.

[3]Polska dosłownie wymiera! „Rz”: W 2013 r. przewaga zgonów nad urodzeniami była największa w naszej powojennej historii!, na: www.wpolityce.pl, 29.01.2014, dostęp: 29.01.2014.

[4] GUS, op. cit., s. 2.

[5] J. Cipiur, Polacy są liderami emigracji; ktoś musi ich tu zastąpić, na: www.obserwatorfinansowy.pl, 16.10.2013, dostęp: 1.06.2014.

[6] Oficjalne dane za listopad 2013: Polska 2,116 mln osób, czyli 13,2% plus 3,2 mln tych co wyjechali za granicę, czyli 19.96%, co daje łącznie stopę bezrobocia 33,16%, podczas gdy według danych Eurostatu: Grecja miała 27,4% (wrzesień 2013), a Hiszpania – 26,7% (listopad 2013).

[7] GUS, op. cit., s. 6.

[8] Ibidem.

[9] E. Baldwin i in., Wstęp do kulturoznawstwa, tłum. M. Kaczyński i in., Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2007, s. 68-69.

[10] Ibidem, s. 72.

[11] J. Smaga, Rosja w 20 stuleciu, Wydawnictwo Znak, Kraków 2001, s. 112;

[12] Gloger Zygmunt, Encyklopedja Staropolska ilustrowana, tom IV-ty wydany z udziałem zapomogi Kasy pomocy dla osób, pracujących na polu naukowem, imienia d-ra J. Mianowskiego, Warszawa 1903, hasło: Pokrewieństwa , s. 63.

[13] Ibidem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *