W 2014 roku odszedł ostatni klucznik polskiego dworu: Tadeusz Osyra

Lecz on zwał się Rębajło, a o jego herbach
Nie wiadomo. Klucznikiem siebie tytułował […]
Choć nie miał co otwierać, bo zamku podwoje
Stały otworem, przecież wynalazł drzwi dwoje;
Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił
I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił.

[Pan Tadeusz II, 158-166]

Tadeusz Osyra odszedł w piątek rano 5 XII AD 2014
pogrzeb odbył się w środę 10 XII, godz. 11.00
na cmentarzu w Rogalinku pod Poznaniem
r e q u i e s c a t   i n   P a c e  !

Nie dziedzic, strażnik
Dwór polski nie na darmo przyrównywano do prostej, zamczystej skrzyni, pełnej skarbów. Tadeusz Osyra był przez lata tej właśnie skrzyni Klucznikiem, czyli wiernym i niezrównanym, duchowym strażnikiem Tradycji Polskiego Dworu, ze wszystkimi konsekwencjami, jakie niesie ze sobą to stanowisko. Odźwierny nie jest właścicielem ani dziedzicem i czasem musi odejść. Pan Tadeusz (nomen omen) najpierw opuścił dwór, a teraz – odszedł do Pana. Wraz z Jego śmiercią skończyła się pewna epoka.

Jego postać uosabiała sprawy i rzeczy dziś już chyba niemożliwe, a nawet już nie do końca dla wszystkich zrozumiałe, bo wyrosłe na glebie humanistów i działaczy kultury lat 80. Ich dzieł smakujemy i podziwiamy je aż dotąd. Bez nich po prostu by nas nie było – ale teraz wszystko jest już inne. Zacznę jednak od początku.

Pan Tadeusz oprowadza gości
Pan Tadeusz oprowadza gości

Dzień jesienny…
Jesienią roku 1987, czyli w komunie schyłkowej, jeszcze jako student, wybrałem się rowerem z Kórnika w stronę Koszut, żeby po raz któryś zobaczyć na własne oczy klasyczną sylwetę łamanego dachu i alkierze z baniastymi hełmami. Znałem je i z natury, i z podręcznika dziejów architektury polskiej. Fotografia dworu w Koszutach niemal zawsze pojawiała się (i pojawia) w tego rodzaju pozycjach. Od zawsze też konfrontacja starej fotografii z komunistyczną rzeczywistością wypadała okrutnie i boleśnie. I nic dziwnego: w koszuckich wnętrzach, po etapie wstępnego wypatroszenia i dewastacji, przez lata funkcjonowała szkoła, a wraz z nią zaczęły straszyć peerelowskie posadzki i peerelowska stolarka drzwi i okien, tudzież same okna, przerobione na szersze, żeby dawały więcej światła. Kominki skryły się pod tynkami, pokoje nijak nie przypominały dworskich, a jakże charakterystyczny ganek zniknął. Potem przez krótki czas stała tu ekspozycja muzealna skompletowana wedle zasady „od przypadku do przypadku, byle jak najmniej o polskim ziemiaństwie”.

Tak to mniej więcej pamiętałem.
…od wcześniejszych odmienny
Tymczasem owej jesieni późnych lat osiemdziesiątych, zajechawszy przed ganek przeżyłem mały szok. Pozytywny. Powitał mnie autentyczny Gospodarz, sam dwór natomiast (formalnie „Muzeum Ziemi Średzkiej”) okazał się prawdziwym domem, polskim domem sprzed stu lat, jakby wyjętym z wielkopolskiej sagi „Marianna i Róże”, która dzieje się właśnie w tych okolicach (ale równie dobrze z powieści Orzeszkowej czy Żeromskiego), w miejscu cichym, zapadłym na prowincji i dla każdego otwartym. Wychynęły z czasowego niebytu salon, kredens, pokoje pana, pani, dziecięcy i gościnny. Na razie pustawe i nie do końca przekonujące z dzisiejszego punktu widzenia – ale wówczas… to było po prostu okno na inny, dobry i prawdziwy świat, zupełnie jak szafa prowadząca do Narni. Pijąc herbatę w salonie usłyszałem niepowtarzalną opowieść o dawnych właścicielach – Świsztulskich i Rekowskich – i losach ich majątku. Widziałem, jak Pan Tadeusz centymetr po centymetrze dobywał spod peerelowskiego czernidła swojską autentyczność, usuwał narośla, uzupełniał ubytki, zamiatał wnętrza, pracował w ogrodzie, odtwarzał klomb przy podjeździe. Jako się już rzekło, na razie wyglądało to siermiężnie, na miarę możliwości, jakie dawał tamten czas. Brakowało jeszcze starych mebli, ale część z nich już zajęła swe miejsca; peerelowska stolarka wciąż jeszcze straszyła, ale udawało się ją po części ukryć. A przede wszystkim Pan Tadeusz dawał murom życie, którego brakło wówczas innym tak zwanym zabytkom. Nie grodził przestrzeni sznurkami, nie straszył muzealną gablotą (ekspozycję tyczącą dziejów Ziemi Średzkiej można było obejrzeć na neutralnym poddaszu), a każdy fotel czy krzesło zapraszały do tego, żeby w nich usiąść. Wszystkiego też można było dotykać (z nielicznymi, oczywistymi wyjątkami). A przecie mijały dopiero cztery lata z małym hakiem od chwili, gdy otrzymał klucze od dworu.

Dwór niedawnymi laty. Fot. Piotr Kaczmarek
Dwór niedawnymi laty. Fot. Piotr Kaczmarek

Noc styczniowa
Herbata wypita jesienią zaowocowała wieczorem pieśni powstańczej, równo w 125 rocznicę styczniowego zrywu. Sam jeszcze nie koncertowałem, ściągnąłem więc do Koszut moich idoli, Krakusów, autorów prekursorskiej kasety, na której odtwarzali repertuar 1863 roku. Przyjechali w czarnych pelerynach, a ich damy serca w czarnych sukienkach. Sami byli zdumieni okolicznościami. Padał śnieg, liczni słuchacze wychynęli niczym duchy z otaczającej nas ciemności – i stworzyliśmy nieformalną ekipę śpiewających „oporników” (mimo że koncert ogłoszony został oficjalnie). Impreza przeciągnęła się do rana, część publiczności zdążyła na jedyny wieczorny PKS do Poznania, reszta dalej śpiewała na poddaszu pijąc wino domowej roboty Pana Tadeusza. Są gdzieś jeszcze nagrania z tej niezwykłej nocy. Nie wiedziałem wówczas, że niepostrzeżenie wchodzimy w „rzeczywistą rzeczywistość” roku 1863, kiedy to w Koszutach zaopatrywano w broń i konie straceńców zdążających do Królestwa, a w salonie brzmiały pewno te same bojowe pieśni. Wiedział to Pan Tadeusz – z miesiąca na miesiąc coraz bardziej zagłębiony w przeszłość każdego zakamarka.

Lata 90. i nowa jakość
Po transformacji, czyli w latach 90., udało Mu się skompletować, odtworzyć lub naprawić całą stolarkę (właśnie: „przecież wynalazł drzwi dwoje… naprawił i wstawił”), ganek, piece, kominki, meble, zegary, tapety, zabawki (umieszczone oczywiście w pokoju dzieci) i przeróżne przedmioty codziennego użytku: ampułki do lekarstw (odkopane na dawnym dworskim śmietniku), papier toaletowy i mydło (prawdziwe, nietknięte, z międzywojnia pochodzące). Pokoje wyglądały już naprawdę tak, jakby to były lata trzydzieste albo początek XX wieku, a gospodarz wyszedł przed chwilą obejrzeć stan obory, powitać gości, albo rozliczyć dochody i rozchody w kancelarii, funkcjonującej w północnym alkierzu. Czyli tam, gdzie teraz znalazł się gabinet dyrektora placówki. Pan Tadeusz zawsze marzył o takiej ciągłości, kiedy więc pojawiła się możliwość spełnienia marzeń, realizował je z rzadkim znawstwem. Oczywiście dwór nadal był (jak i dziś jest) publiczną instytucją kultury, nie zaś prywatną, pańską rezydencją. Skądinąd Pan Tadeusz odszukał spadkobierców właścicieli (mieszkają poza granicami Rzeczypospolitej) i nawiązał z nimi kontakt. Odzyskanie przez nich majątku okazało się niemożliwe (z wielu przyczyn, o których próżno strzępić język i klawiaturę). Założył więc fundację skupiającą wokół dworu zarówno jego dawnych mieszkańców, jak i „użytkowników obiektów historycznych” – w istocie zaś przyjaciół tego niezwykłego miejsca, którzy odtąd wspierali Go radą i pomocą.

Nie muzeum, lecz dom
Nie chodziło przecież o sztukę dla sztuki, rekonstrukcję dla rekonstrukcji. Zaprzeczał gorąco, jakoby to muzeum wnętrz było muzeum wnętrz. Jak sam pisał, miał to być – i był – „dom historyczny”. Odtwarzał nie tylko umeblowanie i wyposażenie wedle układu z lat 1900-1939, chciał przywrócić funkcje. Czyli że w mury musiało wejść nowe życie. To miała być prawdziwa Arka Przymierza między dawnymi i nowymi laty. Tak więc koncert ze stycznia 1988 roku wypączkował wkrótce w rozmaite odsłony i pomysły. Pan Tadeusz patronował kolejnym reedycjom „Marianny i róż”, które stały się regionalnym bestsellerem. W Koszutach coraz częściej pito i zajadano przy XIX-wiecznych stołach w jadalnym, coraz częściej grano w salonie na instrumentach różnorakich, a wszędzie gadano i spoglądano na ściany, pasąc oczy autentykami dworkowej sztuki. Przeżyliśmy tu mnóstwo spotkań podczas których państwo Osyrowie okazywali się już nie Klucznikami, ale właśnie Gospodarzami pełną gębą. Tak oni, jak i goście (przyjść mógł każdy) sami piekli i przynosili ciasto, rozkładali talerze, nalewali wino. Resztki rozdawano ostatnim wyjeżdżającym gościom. Wkrótce prócz różnych kameralnych festiwali (prym wiódł festiwal muzykujących dzieci urządzany w skali całej Wielkopolski) poczęliśmy się rytualnie spotykać na wspólnych śpiewach około 11 listopada i Bożego Narodzenia. Zebrani nie zauważali nawet, że nucą pełna piersią utwory, których wcześniej nie znali. To było możliwe tylko tu.

Muzeum Powstania nie było pierwsze
Tak, tak. Nieprawdą jest, jakoby dopiero Muzeum Powstania Warszawskiego oswoiło Polaków z interaktywną ekspozycją, czyli z eksponatami, których zwiedzający dotyka i używa zgodnie z dawnym przeznaczeniem. We dworze w Koszutach zaczęło się to już wcześniej, od końca komuny. Oczywiście w mniejszej, kameralnej skali i nie dzięki komunie, tylko dzięki Panu Tadeuszowi. Dlaczego tu i wtedy? Dlaczego za jego sprawą? Nie był klasycznym historykiem sztuki lecz etnografem, a szlify zawodowe zdobywał w skansenie, to raz. Dwa, że tylko tamten czas stawiał ludzi w takich dziwnych sytuacjach i pozwalał realizować tak dziwaczne na pozór pomysły. Ale przyczyna główna tkwiła w samym Panu Tadeuszu – który należał do ponadczasowego klanu pasjonatów par excellence.

Salon dworu w Koszutach. Koncert Grzegorza Turnaua. Fot. Piotr Kaczmarek
Salon dworu w Koszutach. Koncert Grzegorza Turnaua. Fot. Piotr Kaczmarek

Cena pasji
Płacił za to słoną cenę. Współistniejąc, przenikając się ze swoim miejscem pracy (formalnie był tu przecież kustoszem na garnuszku Ministerstwa, potem zaś Gminy) prawie go nie opuszczał, a z racji dworskiej pasji bywało, że wpadał w pasję szewską. Latem przemieszkiwał wraz z rodziną w kotłowni (którą odbudował i przerobił od podstaw na sui generis rządcówkę), dzięki czemu aż do zachodu słońca mógł kopać grządki. Skądinąd właśnie jego bezkompromisowa pasja stała się przyczyną, dla której po kilkudziesięciu latach pracy, tuż przed emeryturą, z nieukrywaną goryczą musiał oddać klucze od dworu. Mamy o to – my, przyjaciele Pana Tadeusza – pewien żal. Mimo iż rzecz to zwykła i oczywista, że nieruchomości zmieniają właścicieli, użytkowników albo kustoszów i tak dalej, i mimo tego, że dwór w Koszutach ma obecnie dobrego gospodarza. Pewnie nie mogło być inaczej, ale jednak Pan Tadeusz był jeden. Szkoda, że nie dane mu było dotrwać do końca jego dni w miejscu, które stało się jego częścią i darem dla nas wszystkich.

Chociaż jednak odszedł z Koszut, nie porzucił pasji. Tyle że powrócił do swoich etnograficznych korzeni i z Klucznika dworu stał się klucznikiem i kustoszem wiejskiej, XVIII-wiecznej chałupy olęderskiej. Kupił ją w Borui Nowej na dawnych zachodnich kresach Pierwszej Rzeczypospolitej. Z całą znajomością rzeczy i właściwym sobie zacięciem poświęcił się remontowi tego obiektu, który odtąd stał się jego drugim domem. Mimo ciężkiej choroby, która spadła nań ponad rok temu, nie ustawał w wysiłkach i w październiku osobiście doprowadził to ostanie swoje dzieło do zwycięskiego końca. Niestety, nie będzie już korzystał z jego owoców.

Requiescat in Pace!

Jacek Kowalski

Tadeusz Osyra. Pokoje dworu; od lewej od góry: pana, dziecięcy, pani, dwór od ogrodu, dziedzic Kazimierz Rekowski, pokój pani
Tadeusz Osyra. Pokoje dworu; od lewej od góry: pana, dziecięcy, pani, dwór od ogrodu, dziedzic Kazimierz Rekowski, pokój pani

Polecamy lekturę tekstów Tadeusza Osyry:„Muzeum Ziemi Średzkiej: Kilka uwag na temat podjętej próby rekonstrukcji wnętrz dworu szlacheckiego”, cz. 1, „Średzki Kwartalnik Kulturalny. Pismo Średzkiego Towarzystwa Kulturalnego” nr 3 (11), lipiec-wrzesień 2000, s. 4-8; cz. 2, nr 4 (12) październik-grudzień 2000, s. 8-11; „Muzeum Ziemi Średzkiej: Kilka uwag na temat podjętej próby rekonstrukcji krajobrazowego parku przydworskiego”, „Średzki Kwartalnik…”, nr 2 (14), kwiecień-czerwiec 2001, s. 8-13.

Zamieszczone powyżej na internetowym tableau widoki wnętrz to przetworzone fragmenty fotografii wnętrz dworu w Koszutach opublikowane przez śp. Tadeusza Osyrę m.in. w powyższych artykułach, prócz tego zdjęcia Piotra Kaczmarka i widok dworu według fotografii opublikowanej w znanej książce Leonarda Durczykiewicza z 1912 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *