Dwór we Wrzący Wielkiej

ŻYCIORYS Z ZIEMIAŃSKIM RODOWODEM

Walewski z Antypodów

Nie ma bodajże takiego kraju, gdzie nie mieszkałby przynajmniej jeden Polak. Wojenna zawierucha oraz instalacja komunistów w Polsce spowodowała spory exodus, który nie ominął przedstawicieli klasy ziemiańskiej. Dziś zamieszkują oni wszystkie, może z wyjątkiem Antarktydy, kontynenty. Każdy życiorys, każda rodzinna opowieść, wzbogaca wiedzę o naszej polskiej historii. Często tylko dzięki rodzinnym wspomnieniom możemy posiąść tajemnice tych, którzy przez wieki decydująco wpływali na bieg naszej historii. Więcej, wiedza o tym co się z nimi stało, jest przecież również niesłychanie ważna dla zrozumienia losów naszej Ojczyzny w latach 1940. Poeta Jarosław Marek Rymkiewicz powiedział kiedyś, że największe szczęście jakie mu się zdążyło w życiu to to, że się urodził Polakiem. Myślę, że w przypadku Marka Przybylskiego vel Walewskiego ta miłość do Polski, a nawet nostalgia, odegrała ważną rolę, choć wielu naszym rodakom w kraju sam patriotyzm wydaje się już dziś wartością nieprzystającą do “europejskich” wartości. Naturalnie, że różne są kategorie emigrantów, ale Polakiem się jest, a nie się czasami bywa, stąd też Polaka prawdziwego poznasz po tym jak mówi o Polsce. Nieodłączną cechą zamożnego ziemianina był przecież także kosmopolityzm, ale historia rodu, przywiązanie do tradycji i religii, oraz poczucie własnej wartości, były zawsze najważniejsze.

walewski10001Marcin Honoriusz Colonna Walewski, bo tak powinno brzmieć jego pełne miano, urodził się 11 listopada 1922 w Zamościu jako syn Stanisława Collonny Walewskiego oraz Stefanii z domu Stolarskiej na same czwarte urodziny II Rzeczpospolitej. Niestety wskutek zawirowań historii i komplikacji osobistych obojga rodziców, przeżył swoje 72 lata jako Marek Przybylski. Złożyły się na to dwie okoliczności: ojciec – Stanisław Walewski ożenił się w roku 1918 roku z francuską księżniczką de Rohan, ale już w kilka godzin po ślubie, podczas przyjęcia weselnego doszło do zerwania tego związku. Kiedy członek rodu Rohan przemawiając do biesiadników zażądał “by od tej pory Stanisław Walewski czuł się Francuzem i żeby zapomniał o polskich mrzonkach”, krew w żyłach Polaka się zagotowała. Nie namyślając się dłużej, chwyciwszy wazę z zupą, wylał ją na wuja księżniczki de Rohan. Oznaczało to w praktyce koniec małżeństwa, choć na papierze dalej ono istniało.

Jesienny krajobraz polski
Jesienny krajobraz polski

Matka Marka, Stefania zakochana z wzajemnością w Stanisławie Walewskim, była w tym czasie już zamężną kobietą, ale jej mąż, Przybylski, zaginął gdzieś na Wschodzie, więc rozwód był trudny do przeprowadzenia. By uniknąć plotek, matka zarejestrowała syna jako Marek Przybylski, bo obawiała się że ktoś może go jej zabrać. Stanisław miał już wtedy 69 lat, a ona zaledwie 39. Przed urodzeniem Marka ojciec nie miał potomstwa, dlatego też zaadoptował syna swego brata – Wacława. Przyjście na świat Marka zmieniło wszystko, Stanisław uzyskał naturalnego spadkobiercę swego rodu, a tu wchodził w grę spory majątek: posiadłości w Polsce i we Francji. Niestety w roku 1926 Stanisław Walewski zmarł, związek ze Stefanią nie mógł być zalegalizowany. Tak oto Marcin Walewski zmuszony był żyć pod nazwiskiem byłego męża swej matki. Stanisław Walewski zaś został pochowany na Powązkach w Warszawie, a Stefania wyjechała z Markiem do Lublina by zająć się chorą matką. W czasie wizyt w Warszawie Marek będzie powracał na grób ojca.

Ziemiański spadek Marka to koń na biegunach oraz kolejka z kolorowymi wagonikami, prezenty od ojca. Z 4 lat spędzonych z ojcem i matką Marek nic prawie nie zapamiętał, ale do końca życia utrzymywał ciepłe kontakty z Walewskimi. Sam tak pisał: “ Z biegiem lat, w miarę dorastania, coraz bardziej ciągnęło mnie, by dotrzeć do korzeni i poznać całą prawdę, nawet za cenę tego, że okazałaby się ona dla mnie bolesna i przykra. Bo przecież być nieślubnym synem Walewskiego i żyć pod przybranym nazwiskiem – nie było miłe. Ukrywałem więc to, jako wstydliwy secret. Z upływem czasu starałem się dotrzeć do źródła, a także odczuwałem chęć podzielenia się tym, co gniotło mnie jak odcisk przez całe życie.

Marionetki, olej
Marionetki, olej

Do innych pamiątek, jakie ocalały po ojcu, wymienić trzeba sygnet, który dostał od matki na krótko przed pełnoletnością, srebrną papierośnicę z inicjałami, chusteczkę z inicjałami, kilka fotografii oraz resztki złotych monet. Kilka z nich może nawet uratowały mu życie w obozie koncentracyjnym. Ocalały tylko pamiątki I przedmioty, które zostawiłem u brata mojej matki w jego posiadłości Sufczyn pod Świdrem. Inne spłonęły wraz z domem w czasie wojny. Z fotografii, które się zachowały, pamiętam dwie. Był na nich mój ojciec. Na jednej wysoki mężczyzna z lekkim wąsikiem w butach z cholewami (wysoko ponad kolana – jakby z czasów napoleońskich) wsparty o szable. Na drugiej fotografii – starszy pan w meloniku, siedzący w bryczce”.

Dalsze losy Marka, zapisane niemalże w genach, to kontynuacja identyfikacji z Polską, jej historią i kulturą. Dla ojca służbą Polsce był udział w czynie zbrojnym: udział w formowaniu Wojska Polskiego w Rosji, wstąpienie do ułanów Żeligowskiego w Odessie, oraz służba do roku 1921 w 14 pułku Ułanów Jazłowieckich. Ale dużo wcześniej dostał wyrok za obrazę carskiego dygnitarza, wyemigrował do Francji, gdzie kupił zamek w Auleney, z którego do dziś pozostała tylko wieża.  Dla Marka ważne było poznawanie korzeni oraz zrozumienie kim jesteśmy jako Polacy i czym różnimy się od innych. Później przyszła fascynacja malarstwem oraz teatrem lalek.

W polskim dworku
W polskim dworku

Marek, były więzień katowni na Montelupich w Krakowie i obozu koncentracyjnego we Flossenburgu, Polaków więzionych w obozach, mordowanych i poniżanych na każdym kroku przez Niemców, oceniał jednak dużo wyżej: “Choć nie mieliśmy tyle ustępów, co oni – zbudowanych z wszelkiego rodzaju wymogami higieny – mieliśmy za to wstyd, subtelność czego im brakowało . Oni: pyszni, mocni, okrutni! My: pokonani, mocni duchem, nieuniżeni. Oni: gotowi słabego dobić – gdy go pokonali! My: Po zwycięstwie przebaczyć! Taka była, mniej więcej różnica pomiędzy Niemcami i Polakami.” Czyż tylko na pamięć takiego postępowania nie warto być Polakiem? Jak widać, prawdziwy potrafi zademonstrować swą godność.

Marek, potomek starego rodu Walewskich, odzyskawszy upragnioną wolność nigdy na stałe nie powrócił do Polski. W roku 1949 wyemigrował wraz z żoną Marią  do Australii, gdzie zmarł w strasznych bólach w heidelberskim szpitalu w roku 1994. Chciałbym żyć w Polsce i umrzeć w Polsce – pisał wcześniej. W tym samym czasie jednak chciałbym być także w Australii. Jako obywatel australijski mam pewne obowiązki, ale także i prawa -chociażby do bezpłatnego leczenia, podczas gdy leczenie w Polsce jest dla mnie zbyt kosztowne, płatne 100%. Australia, posiadając bardzo wysoki światowy standard, może mi dać wszystko to, co najlepsze… doceniam Australię, jednakże kraj rodzinny jest miejscem, do którego zawsze się chętnie powraca w nadziei, że kiedy przyjdzie czas ziemia ojczysta przyjmie na zawsze.

scan0001_1Powracał  do Polski wielokrotnie: malował polskie krajobrazy i dworki, występował między innymi ze swoją marionetką Violetty Villas z teatrem Syrena. Buszował z pasją po Polsce. W Australii zaś odreagowywał pracę w fabryce udzielając się w polonijnej kulturze. „Ujściem dla rozpierającego mnie talentu były teatry i kabarety działające w Melbourne,  z którymi współpracowałem. I choć czasem mnie złościły, to i uszczęśliwiały zarazem”. Współpracował Przybylski/Walewski m.in. z teatrem Ogniwo jako dekorator. Udzielał się też w kabarecie Wesoła Kookabura prowadzonym przez niezapomnianego geniusza ze Lwowa, Andrzeja Chciuka. Wielką gwiazdą teatrów i rewii melbourneńskich był wówczas Gwidon Borucki,  przedwojenny talent, znany także z filmów. Walewski zaś, zafascynowany impresjonizmem i abstrakcjonizmem — by stać się profesjonalistą —  zapisał się nawet na studia malarskie w Royal Melbourne Institute of Technology, ale je przerwał po dwóch latach uznając, że nic więcej już nie może się tam nauczyć. Przekonany, że człowiek przyszedł na ten świat nie po to  by żyć, ale po to by umrzeć, umilał sobie żywot malowaniem. Najbardziej lubił malować krajobrazy polskie lub podobne do polskich, co było niewątpliwe spowodowane tęsknotą za krajem urodzenia.

Dwór we Wrzący Wielkiej
Dwór we Wrzący Wielkiej

Uwielbiał koty, więc codziennie zjawiał się w swej fabryce Joubert & Joubert by nakarmić wałęsające się tam kociaki. Dzięki pracy w fabryce mógł sobie także pozwolić na robienie filmów krótkometrażowych o życiu na emigracji, i o polskich emigrantach. Przez cale życie pielęgnował swe korzenie oraz utrzymywał kontakty z rodziną Walewskich.

Takie, w olbrzymim skrócie, było życie Marka Przybylskiego vel Marcina Walewskiego. Oto jeszcze jedno świadectwo na to, że Polska jest wszędzie tam gdzie mocno biją nasze serca, wszędzie tam gdzie są nasze groby. O tym musimy zawsze pamiętać, jeśli nie chcemy pomniejszać sfery polskości.

Tekst jest refleksją pamiętnika Marka Przybylskiego vel Walewskiego, który został opracowany w formie książkowej przez panią Zytę Grabowską.
„Marek Przybylski. Barwy życia”, Oficyna Wydawnicza Ajaks, 1997.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *